Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Akwaforta" K.J. Bishop




         Po upływie dłuższego czasu od szczęśliwego zakończenia lektury "Akwaforty" autorstwa K.J. Bishop należy wreszcie się zmobilizować do napisania kilku słów o tej pozycji. Taki wstęp nie wróży niczego zachwycającego. Istotnie "Akwaforta", mimo całej swojej odmienności (przynajmniej w tym segmencie literackiego rynku) nie zdołała mnie porwać. By nie powiedzieć, że mnie wynudziła.
         Odmienność koncepcji "Akwaforty" wyraża się w tym, iż autorce udało się wyczarować wrażenie, że nie miała w istocie rzeczy żadnego pomysłu na tę powieść. Oto jest nieco ponad 300 stron opowieści osadzonej w fantastycznej rzeczywistości. W zasadzie tyle. Bowiem trudno w tym przypadku mówić o jakiejkolwiek akcji, o jakichś zdarzeniach, które koncentrowałyby akcję. Ciąg opisywanych zdarzeń ma raczej charakter kronikarskiego zapisku. Odniosłam wrażenie, że zdarzenia są w przypadku "Akwaforty" niemiłym obowiązkiem. W gruncie rzeczy pewna nowa jakość tej powieści bierze się stąd, że K. J. Bishop pisze w taki sposób, jakby opowiadana przez nią historia, przynajmniej w warstwie fabularnej, była preparatem, który podlega badaniom. Autorka bierze jakiś fragment z życia skupiających wokół siebie główny ciężar powieści postaci - Gwynna i Raule, i opisuje go zaskakująco beznamiętnie i wydawałoby się pobieżnie, przynajmniej w zakresie w jakim dotyczy wzajemnej relacji rzeczywistość - życie postaci. A jednak. Jednak koniec końców prawdziwy ciężar gatunkowy w "Akwaforcie" został przeniesiony na inny poziom dyskursu. I tam właśnie okazuje się, że tak naprawdę "Akwaforta" to jest powieść o relacjach człowiek - rzeczywistość. O tym jak jedno wpływa na drugie. I jednocześnie to obraz pokazujący dwa bieguny tego samego zagadnienia. Raule ostatecznie dołączająca do tych, którzy gardzą drogami ludzi, którzy nauczyli się żyć poza rzeczywistością. I Gwynn, który uczy się zuchwale czerpać z możliwości kreacji rzeczywistości, dostosowywać się do mód i nowości, zdobywać uznanie jako jeden z ich dyktatorów. Wszystko to zaś jest przyprawione klimatem, który bardzo trafnie zidentyfikował Jacek Dukaj jako realizm magiczny rodem z powieści głośnych pisarzy południowoamerykańskich, jednak tych z górnej półki. Tych, którzy mówią metaforami, filozoficznymi parabolami i zagadkami. Wprowadzają smaczki pozwalające się odkodować dopiero podczas kolejnej i kolejnej lektury. Taka właśnie jest "Akwaforta". Intrygująca i męcząca. Duszna, gęsta i ciężka jak powietrze w lesie równikowym. Mnie się tej powieści nie czytało. Ja przez nią brnęłam raz po raz grzęznąc w jakimś szczególnie ciężkim od nagromadzenia filozoficznych rebusów fragmencie.
         Owszem, jest to coś nowego. Jest coś ambitnego. Jednak czyta się dość nieskoro. Ponadto pozostawia wrażenie zawiłości. To z pewnością nie była lektura, która w moim przypadku trafiła na właściwy moment. Nie tego potrzebowałam na wakacjach. Możliwe zatem, że nie będę w pełni sprawiedliwa, jednak nie jestem w stanie jednoznacznie polecić. Nie wspominam "Akwaforty" ze szczególna atencją, jednak jeśli ktoś lubi fantastykę, a jednocześnie porywa go pisarstwo Julia Cortazara, to "Akwaforta" z całą pewnością jest powieścią dla niego.

Stella
autor: K. J. Bishop
tytuł: Akwaforta
tytuł oryginału: Etched City
język oryginału: angielski
liczba stron: 336
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 2008
oprawa: twarda
wydawca: Mag, Wydawnictwo
seria: Uczta wyobraźni


W sieci, związane z tematem:
K.J. Bishop - strona oficjalna
On the Spot at Bookspotcentral - K.J. Bishop interview
Miasto snem malowane - recenzja Anny Kańtoch