Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Dżuma w Breslau" Marka Krajewskiego.




         "Festung Breslau" Marka Krajewskiego miało być zgodnie z zapowiedziami samego Autora pożegnaniem z radcą kryminalnym Eberhardem Mockiem. Autor zapowiadał, że chce się zająć inną tematyką, a przynajmniej inną postacią i umieścić ją w innych okolicznościach przyrody. Zapowiedź tą przyjęłam z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony bardzo szkoda było mi Mocka - policjanta degenerata, utracjusza, brutala delikatnego jednak dla kobiet i wrażliwego na ich ponętne wdzięki alkoholika, hedonistę. Mężczyznę obdarzonego nadto niespotykaną policyjną intuicją i swego rodzaju poczuciem sprawiedliwości.
         Z drugiej jednak strony dobrze rozumiałam, że postać ta kiedyś wreszcie się wyeksploatuje i grozi jej popadnięcie w śmieszność. By o pewnej ciekawości co też Marek Krajewski wymyśli tym razem już nie wspominać. Przekonana byłam, że Mocka na kartach kolejnego kryminału Marka Krajewskiego już nie spotkam.
                                                                   
         Tym większe było moje zaskoczenie, gdy ukazała się "Dżuma w Breslau" - nowy kryminał o Mocku i Breslau. Z niemałą radością i satysfakcją spieszę donieść, że powieść trzyma poziom, a pod pewnymi względami nawet wyprzedza wcześniejsze (może z wyjątkiem "Festung Breslau"), zaś jej lektura przynosi słuszną satysfakcję czytelniczą.
         Akcja "Dżumy w Breslau" rozgrywa się na w latach 1923 - 1924 i przynosi odpowiedź na pytanie o to w jaki sposób Eberhard Mock z nadwachmistrza decernatu IV zajmującego się zadaniami policji obyczajowej awansował na stopień radcy kryminalnego i zastępcy szefa i to w prestiżowej policji kryminalnej.
         Wszystko rozpoczyna się od podwójnego morderstwa popełnionego na breslauerskich prostytutkach, które zostały uduszone przy pomocy paska od spodni. Makabryczności temu mordowi przydaje fakt, że przed śmiercią wyrwano im przednie zęby. Mock wezwany na miejsce zdarzenia przez Heinricha Mühlhausa - szefa policji kryminalnej nie jest w stanie zidentyfikować kobiet, ale pracuje nad tym wytrwale wykorzystując osiągnięcia daktyloskopii kryminalistycznej. O ironio, ta sama metoda kryminalistyczna posłuży do odkrycia, że na narzędziu zbrodni znajdują się odciski palców samego Mocka.
         Jako się napisało "Dżumę w Breslau" czyta się wyśmienicie. Marek Krajewski powraca w doskonałym stylu, znanym już ze wcześniejszych powieści z tego cyklu. Lekkie pióro autora, umiejętność poprowadzenia narracji, która charakteryzuje się udanym połączeniem dosadnego i prostego języka z literacką polszczyzną subtelnie przyprószoną patyną greki i łaciny, sprawia, że lektura powieści o Mocku jest dla mnie zawsze doświadczeniem wyjątkowo przyjemnym. Nawet biorąc pod uwagę, że treść i klimat powieści nie należy do takich. A klimat "Dżumy w Breslau" to temat na dłuższą wypowiedź. Zauważam pewne modyfikacje. "Dżuma..." prezentuje ten Breslau, który dostępny był dla nadwachmistrza Mocka, ale raczej jeszcze nie ten, do którego uzyskał on dostęp po awansie. W poprzednich powieściach pewnego dekadenckiego blasku dodawały kontakty głównego bohatera z arystokracją, jego wizyty (zawodowe i prywatne) na salonach. W "Dżumie..." salony są zastąpione przez burdele, knajpy, a wreszcie mury więzienia. Wszystkie bardzo udatnie i z przyrodzoną autorowi swadą opisane tak, że autentycznie można poczuć ich atmosferę. Niemniej mam wrażenie, że nieco mniej w tej powieści jest dwóch elementów, które stanowią dla mnie signum prozy Marka Krajewskiego: Breslau i "gastronomaliów".
                                                                         
         Powyższa uwaga nie stanowi bynajmniej zarzutu. Po prostu nasuwa mi się po lekturze jako pewna - niewielka w gruncie rzeczy, bo przecież to tylko zmiana ilościowa - modyfikacja w stosunku do poprzednich powieści.
         Z kolei Breslau tym razem w moim odbiorze stanowi raczej tło dla opowieści niż kolejnego jej bohatera. Niemniej mogę się tutaj łacno mylić i z pewnością wiele osób nie będzie podzielało mojego wrażenia.Jestem szczególnie zadowolona pracą Marka Krajewskiego jeśli chodzi o postaci pojawiające się w "Dżumie...". Autor przyzwyczaił mnie już nie tylko do stosowania łacińskich terminów na określenie pozycji seksualnych (co jest swoją drogą urocze i warte wzmianki), lecz również do tego, że wplata w swoją opowieść charakterystyki czasem całkowicie pobocznych czy epizodycznych postaci, co jednak w pełni służy posuwaniu naprzód akcji. Bardzo lubię ten zabieg. Jednak przecież w pierwszej kolejności swoją uwagę poświęca Marek Krajewski postaciom pierwszoplanowym, w tym w szczególności Mockowi.
         Poznajemy sposoby działania Mocka, kiedy jeszcze nie był tak biegłym mistrzem w stosowaniu swojego słynnego imadła i czasem mu nie wychodziło, co miewało tragiczne konsekwencje i pchało Mocka coraz głębiej w objęcia kochanki - gorzałki. Poznajemy Mocka w sytuacjach ekstremalnych, w breslauerskim więzieniu. Poznajemy Mocka - mordercę. Mocka, który zna siebie na tyle, na ile został sprawdzony.
         Te właśnie elementy uważam za poprowadzone z większą biegłością i uwagą niż w wielu poprzednich powieściach. Wydaje mi się, że Krajewski się rozwija i idzie drogą, która mi bardzo odpowiada. Większych zastrzeżeń nie mam też do samej intrygi. Owszem, udało mi się trochę przewidzieć, ale jednak nie precyzyjnie, co się autorowi chwali. Inna sprawa, że nie czytam kryminałów, szczególnie tego autorstwa, z tą myślą przewodnią, aby ubiec autora i odgadnąć zakończenie najlepiej w połowie lektury, by potem czynić malkontenckie uwagi na ten temat. Niemniej obawiam się, że już niedługo nadejdzie czas, że poczuję się znużona różnymi tajemnymi organizacjami, z jakimi walczy Mock i zacznie mnie śmieszyć ich rosnąca w dobrym tempie liczba. Doskonale rozumiem, że taki jest klimat tych powieści i klimat Breslau, które wyczarowuje na ich kartach Krajewski. Sądzę jednak, że nie spowodowałoby w tym obrazie szczególnego uszczerbku gdyby kiedyś Mock musiał ścigać nie kolejnych "mrocznych i zorganizowanych geniuszy zbrodni", ale np. choćby brutalnych przemytników, dla których jedynym bożkiem jakiemu służą jest pieniądz. To jednak tylko uwaga poboczna i nie należy jej brać szczególnie sieriożnie.
         Na zakończenie pozwolę sobie tylko wspomnieć, że "Dżumę..." czyta się naprawdę sprawnie i ma ta powieść atrybuty po temu, aby wciągnąć czytelnika bez reszty. Jestem bardzo zadowolona z powrotu Mocka do Breslau na kartach powieści Krajewskiego, tym bardziej, że autor zdaje się ciągle udoskonalać swój i tak bardzo dobry warsztat. Ta trójka: autor i jego dwaj główni bohaterowie (Mock i Breslau) na stałe zajęli już eksponowane miejsce w moim rankingu ulubionej literatury rozrywkowej. Z kolei sama "Dżuma..." jest dla mnie jedną z lepszych powieści z tego cyklu. Wypada tylko serdecznie polecić.

Stella
autor: Marek Krajewski
tytuł: Dżuma w Breslau
cykl: Eberhard Mock
liczba stron: 264
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 2007
wydawca: W.A.B.
seria: Mroczna seria


W sieci, związane z tematem:
Strona oficjalna pisarza
Blog pisarza
Recenzja Jacka Szczerby
Recenzja Macieja Majewskiego "Vanina" na blogu Czytam
Blog "Wrocław z wyboru"
Czy Eberhard Mock był nazistą - Krzysztof Masłoń