Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja mikropowieści Szczepana Twardocha "Epifania wikarego Trzaski"




          "Epifania wikarego Trzaski" Szczepana Twardocha nie jest zbudowana wokół jakiegoś rewolucyjnego, dotąd niespotykanego konceptu. Kształtu fabularnego finału tej mini-powieści można się domyślić stosunkowo szybko, bo już mniej więcej w połowie. Autorowi nie udało się też być może uniknąć wszystkich raf (np. trąci troszkę nieprawdopodobieństwem, że główny bohater - wikary Jan Trzaska dał się tak szybko przekonać Czarnemu Dziadkowi). To wszystko jednak schodzi na dalszy plan. "Epifania..." bowiem w moim przekonaniu służy innemu celowi niż dostarczenie prostej, siermiężnej rozrywki czytelnikowi.
          "Epifania..." należy moim zdaniem do kategorii tych utworów, które długo pozostają w pamięci. Które stanowią przyczynek do długich przemyśleń i dyskusji. Bo też w "Epifanii..." - krótkiej, zaledwie nieco ponad stu sześćdziesięcio stronicowej mini-powieści - Sz. Twardoch poruszył naprawdę wiele istotnych, dla wielu może nawet najistotniejszych tematów.
          W najważniejszych aspektach "Epifania..." kojarzy mi się jeśli chodzi o pewien klimat z "Kantyczką dla Leibowitza", choć przecież w gruncie rzeczy te dwa utwory nie mają ze sobą nic wspólnego. Tyle tylko, że "grunt rzeczy", to nie "istota rzeczy". Zacznijmy jednak od kwestii ważnych, ale nie najważniejszych. Takim właśnie zagadnieniem z mojego punktu widzenia jest w "Epifanii..." sprawa zaprezentowania Górnego Śląska i Ślązaków. Teraz będzie osobiście.
          Urodziłam się w Bytomiu. Na Górnym Śląsku mieszkam całe przydługawe życie. Konkretnie w Świętochłowicach. Tak, w tych Świętochłowicach, które pojawiają się w przelocie i bardziej niż marginalnie również w "Epifanii...". Jest to Śląsk Górny tak bardzo czarny, jak to chyba tylko możliwe. Może trochę więcej czarnego Śląska jest jedynie w Rudzie Śląskiej? Nadto dużo wskazuje na to, że być może niewiele brakowało abym Szczepana Twardocha znała osobiście, ze studiów. Tak się bowiem złożyło, że ja i On jesteśmy z tego samego rocznika, Szczepan Twardoch jest absolwentem UŚ. Też miałam okazję tam studiować. Kulturoznawstwo. Nie skorzystałam. Z wielką ciekawością i pewnym niedowierzaniem czytałam w szczególności te fragmenty "Epifanii...", w których opisuje się sposób w jaki przybysze skądinąd (tak się składa, że z Warszawy) starają się tutaj odnaleźć i jakie mają z tym problemy. Pamiętam, że kiedyś, lata temu, irytowała mnie tutejsza gwara. Wydawała mi się prostacka. W gruncie rzeczy nadal uważam ją za dość prostacką. Tylko, że teraz mnie to już nie irytuje. Lata lecą. Nie potrafię stwierdzić, czy Autorowi udało się możliwie trafnie i przystępnie zarazem oddać ducha tutejszych ludzi. Szczerze pisząc, nie jestem już taka przekonana do tego, że ten etos pracy, ciężkiej, męczącej, fizycznej, brudnej ale uczciwej i godnej szacunku, który tradycyjnie przypisuje się Ślązakom jest tutaj jeszcze tak żywy. Więcej chyba w tym już stereotypu niż faktów. Nie oznacza to jednak, że stał się wyłącznie fantasmagorią. Pytaniem jest dla mnie tylko, czy teoria nie wzięła tu już po większej części rozbratu z praktyką. Nie jest to jednak kwestia szczególnie doniosła. Zdaje się, że mimo przydługawego turlania się po tutejszym świecie jednak zupełnie nie znam śląskich dzieciaków z pierwszych klas podstawówki. One naprawdę opowiadają katechecie bajania o Skarbku, snują długaśne opowieści o swoich rodzinach i wreszcie chwalą się zeszytami? W to ostatnie jestem nawet skłonna uwierzyć. Natomiast cała reszta jakby żywcem z lepszego świata. Kiedyś zdecydowanie nie lubiłam tutaj żyć. Teraz, po chwili zastanowienia, stwierdzam że jest mi to idealnie obojętne. A jednak mimo wszystko fajnie się czyta o Górnym Śląsku, uśmiechałam się pod nosem czytając kwestie w gwarze, oczywiście bez konieczności zaglądania do przypisów. I zastanawiałam się czy to aby prawda, że gdzieś na wsi pod Gliwicami jeszcze się mówi taką gwarą. W moim otoczeniu, nawet tym najbardziej przypadkowym (tramwaj, autobus) jakby niekoniecznie i jedynie z rzadka. Co innego akcent.
          Jednak "Epifania...", podobnie jak "Kantyczka dla Leibowitza", porusza przede wszystkim zupełnie inne struny. Wielkim osiągnięciem Sz. Twardocha jest to, że po odłożeniu tej lektury człowiek siedzi przez chwilę cicho, zamyślony. Bo to jest powieść usiłująca, nie bez niejakiego powodzenia, ocierać się o kwestię istoty Boskości. I jak należy się spodziewać po podjęciu takiego tematu i po w miarę dojrzałym i poważnym człowieku, który się tego podejmuje, raczej pyta niż odpowiada. A jednak, mimo to pojawia się tu jakaś nuta, która dla mnie brzmi fałszywie. Wielką trudność sprawia mi właściwe opisanie tego zagadnienia. Z jednej strony wysoko cenię sobie, że Szczepan Twardoch zdecydował się dość odważnie, ale z pewnością zgodnie z Jego własnymi przekonaniami, na wyraźną krytykę "zmacdonaldyzowanego" wizerunku Boskości, jaki bywa ludziom obecnie serwowany. Bóg nie tyle kochający, co liberalny, nowoczesny, postępowy, łatwy do przełknięcia. Temu wizerunkowi przeciwstawia autor Boga, którego znajduje się w upodleniu i cierpieniu, Boga, który jest najczystszą perłą, którą wygrzebuje się spod kupy gnoju. Boga, którego sens polega właśnie na tym, że młodzi cierpią męki i umierają i nie sposób tego zrozumieć. Można tylko wierzyć. Z drugiej strony te bardzo trudne treści wkomponowane są w historię, która jednak jakoś mi trąci kinematografią amerykańską. Z lekka, ale jednak. Oczywiście nie mam tu na myśli treści istotnych, raczej formę, otoczkę przecież z drugiej strony tak potrzebną. Być może ma to coś wspólnego z elementem, nazwijmy to, kościelnej political fiction, z którą również mamy tutaj do czynienia.
          Całkiem zgrabnie Szczepan Twardoch wkomponowuje w tą opowieść wątek jak najbardziej w Polsce nie tak dawno jeszcze aktualny - kwestię wymuszanej lustracji w łonie polskiego Kościoła. Porusza zagadnienia z nią związane wskazując na możliwe scenariusze. To wszystko dodaje pewnego smaczku "Epifanii...", być może obliczone jest w jakiś sposób nie tylko na wyrażenie swojego stanowiska przez autora wobec problemu, który go porusza, ale również na to aby nadać powieści tempo. Nie jestem w stanie tego przesądzić. Potrafię tylko stwierdzić, że - mimo iż fabularnie wątki się doskonale splatają - nie pasuje mi to do siebie. Coś się we mnie buntuje przeciwko brukaniu: Boskości, wiary i niewiary, bezgranicznego zawierzenia Bogu i zajadłej nienawiści do Kościoła a może także do samego Boga, tego nieogarnionego labiryntu, który czasami nazywa się misterium wiary, przez wkomponowywanie, czy może nawet przemycanie takich tematów jak lustracja i polityka wewnątrzepiskopalna. Ten medal jednak ma dwie strony. Trzeba pamiętać przecież i o tym, że takie zagadnienia również mają wpływ na wizerunek Kościoła, ludzi których skupia, wreszcie wiary.
          "Epifania wikarego Trzaski" daje do myślenia i już to jest wystarczającą rekomendacją dla tej niewielkiej książeczki. Nie jest ona ideałem, pewnie mogłaby być momentami lepsza. Niemniej napisana jest bardzo sprawnie, wyrobionym stylem, nad którym autor doskonale panuje (przejście od "mainstreamowych" opisów np. codzienności w Drobczycach, wątki Andrzeja Trzaski [seniora i juniora], Małgorzaty Kiejdus czy choćby zagadnień episkopalnych, do niesamowitych introspekcji Kocika czy wejrzeń wikarego w ludzi). Czyta się z dużą przyjemnością, choć niestety lektura kończy się bardzo szybko. Polecam - to naprawdę mądra rzecz, choć jak wszystko pod Słońcem, nie idealna.

Stella


autor: Szczepan Twardoch
tytuł: Epifania wikarego Trzaski
liczba stron: 176
miejsce wydania: Wrocław
rok wydania: 2007
wydawca: Dolnośląskie, Wydawnictwo
seria: Behemot


W sieci, związane z tematem:
Internetowy dziennik Szczepana Twardocha
Szczepan Twardoch w Wikipedii
Wywiad ze Szczepanem Twardochem w portalu "Katedra"
"Krasnoludki kontra Jezus, czyli epifanie w literaturze" - Pierwsza z cyklu rozmów o książkach. Do dyskusji zapraszają: Dukaj, Orbitowski, Szostak