Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach


Recenzja powieści "Erynie" Marka Krajewskiego:


 



           02 czerwca 2010 r.
           W przerwie pomiędzy jedną a drugą niestrawną częścią "Millenium" Larssona wreszcie trafiła mi się porządna rozrywka. Zapewniła mi ją lektura najnowszego kryminału pióra Marka Krajewskiego.
           "Erynie" realizują sprawdzony już przez autora wielokrotnie przepis na kryminał. Zwykle jestem zdania, że jeśli coś okazało się dobrze działać, to nie ma potrzeby przy tym majstrować. Marek Krajewski przy pisaniu "Erynii" nie namajstrował się szczególnie wiele. Modyfikacje, które wprowadził mają charakter zgoła kosmetyczny, choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że przyniosą jakąś rewolucję. Otóż nie, i moim zdaniem bardzo dobrze.Akcja najnowszej powieści Krajewskiego nie toczy się już w mieście Breslau ani nawet w jego pobliżu. Zostaje bowiem przeniesiona do Lwowa. I to właśnie jawiłoby się jako najbardziej rewolucyjna zmiana. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo gdy się nad tym nieco zastanowimy, to okaże się, że jest to w gruncie rzeczy najwyżej pewna modyfikacja, nic więcej. Silne ciążenie ku Wrocławiowi jest w "Eryniach" wyraźne. Nie tylko w klamrze - sekwencji otwierającej i zamykającej opowieść. Trzeba sobie jednak po prostu uświadomić, że wydaje się, że (bardzo ostrożnie pisząc) większa część aktualnej populacji Wrocławia i w ogóle "ziem odzyskanych" ma korzenie kresowe, w tym w szczególności lwowskie. Zatem można spokojnie przyjąć, że oddalenie Lwowa od Wrocławia nie pokrywa się z jego geograficznym odwzorowaniem.
           Jednocześnie lektura "Erynii" pozwala na postawienie tezy (nieszczególnie oryginalnej przecież), że Lwów nie jest Markowi Krajewskiemu znany w stopniu porównywalnym do Wrocławia. Jest tu zdecydowanie mniej ciekawostek topograficznych (choć powiedzieć należy, że autor się stara). Mniej też mamy orgii posiłków i szczegółowych opisów pochłanianych w ich trakcie dań.W to miejsce mamy w "Eryniach" coś za czym w przypadku kolejnych kryminałów Krajewskiego tęskniłam coraz bardziej. Mamy otóż nieźle dopracowaną i co najważniejsze pozbawioną elementów mistyczno - okultystycznych intrygę. Intrygę, która jest (wreszcie!) przekonująca, bowiem chodzi w niej o nic innego, jak o pieniądze. Coś takiego kupuję w ciemno. Tym bardziej, że udała się M. Krajewskiemu w "Eryniach" ta sztuka, że pomimo wprowadzenia przekonujących, materialnych motywów, nie rezygnuje z tego specyficznego nieco tajemniczego, bardziej makabrycznego klimatu opowieści. Trup więc ściele się może nie tyle gęsto, co robi całkiem dobre wrażenie. Chodzi bowiem o trupa dziecięcego, do tego uprzednio torturowanego.
           Otóż w maju 1939 r. we Lwowie dochodzi do wstrząsającej zbrodni. Zostają odkryte zwłoki kilkuletniego dziecka. Henio Pytka przez śmiercią był torturowany, ostatecznie skręcono mu kark. Zbrodnia odbija się szerokim echem wśród społeczności Lwowa. Charakter zadanych małemu obrażeń w powszechnym pojęciu wskazywać może, że Henio padł ofiarą Żydów, którzy - jak przecież wiadomo - skrwawiają chrześcijańskie dzieci na mace. Nastroje antysemickie się wzmagają. Tymczasem komisarz Edward Popielski wcale nie chce poprowadzić tej bulwersującej sprawy. Ostatecznie jednak udaje się go skłonić do odłożenia przejścia na emeryturę. Popielskiemu sprawnie i gładko udaje się wytropić potencjalnego zabójcę Henia Pytki. Okazuje się nim wypuszczony na przepustkę ze szpitala dla chorych psychicznie Anatol Małecki. Miasto oddycha z ulgą, gdy bestia zostaje ujęta a następnie w niejasnych okolicznościach popełnia samobójstwo w celi. Tymczasem jednak po pewnym czasie porwane i okaleczone zostaje dziecko koleżanki córki Popielskiego - Rity. Czynniki oficjalne nie chcą oczywiście dopuścić myśli o tym, że te dwa zdarzenia - śmierć Henia Pytki i okaleczenie syna koleżanki Rity - mogą mieć ze sobą jakikolwiek związek. Jednak Edward Popielski będzie musiał przyjąć tę hipotezę i pójść jej tropem. A potem zmierzyć się ze swoimi Eryniami.
           Jako się już napisało w porównaniu do poprzednich, szczególnie ostatnich kryminałów Krajewskiego, jeśli idzie o intrygę to w "Eryniach" autor wyraźnie bierze drugi oddech. Jest ona przemyślana, dopracowana i nareszcie nie ma tutaj kolejnego tajemniczego syndykatu zbrodni dążącego do osiągnięcia swoich mitycznych, pokrętnych celów za pomocą bestialskich zbrodni. Owszem, jak widać mamy i w "Eryniach" bestialskie, poruszające zbrodnie, ale cała reszta, choć owszem ukraszona dość dziwaczną historią rodzinną (która jednak nie jest nadmiernie pokrętna) jest już inna jakościowo. Tę zmianę witam z naprawdę dużym zadowoleniem i pełną aprobatą. Prawdę mówiąc jest to jednak jedyna zauważalna dla mnie zmiana w stosunku do serii w której głównym bohaterem był Eberhard Mock.
           Nowy główny bohater - komisarz Edward Popielski jest - co było już doskonale widać w "Głowie Minotaaura" - kolejnym wcieleniem Mocka. Postaci te nie różnią się wiele. Zgoła nic się nie różnią. O ile we wprowadzającej zmianę "Głowie Minotaura" to bardzo raziło, bowiem wobec bezpośredniej konfrontacji było potwornie wyraźne i dawało tym mocniejsze podstawy, by powiedzieć, że Krajewski nie jest w stanie napisać innego bohatera, o tyle teraz mamy po prostu powrót do lubianej przeze mnie normy. Możliwe, że Krajewski rzeczywiście nie jest w stanie napisać innego bohatera. Ja nie mam z tym problemu dostrzegając potencjał tego rodzaju postaci jakimi są i Mock i Popielski. To są postaci o dużym potencjale kryminału noir, którego Krajewski nie zmarnował. Również w "Eryniach" jedną z płaszczyzn opowieści jest sfera wewnętrznych zmagań postaci. Szczególnie doceniam u Marka Krajewskiego to, że nie zaniedbuje tej sfery, a jednocześnie nie przesadza w tym potrafiąc znaleźć złoty środek - doskonałą proporcję pomiędzy intrygą i akcją a pewną introspekcją. Jednocześnie unika jakichkolwiek odautorskich ocen czy komentarzy. W tym zakresie jego pisarstwo ma charakter dość reporterski. Krajewski liczy tu raczej na czytelnika, jego domyślność i wrażliwość, którą jednak nakierowuje. Przykład? Choćby relacja Rity do Jerzyka, jej 1,5 rocznego synka. Z jednej strony go kocha, z drugiej ta sztampa jest bardzo życiowo przełamana negatywnymi emocjami jakie wzbudza w niej Jerzyk kiedy jest nieznośny i marudny.
           Podsumowując - po słabej "Głowie Minotaura" obawiałam się, że kolejny kryminał Krajewskiego może się okazać równie kiepski. "Erynie" bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Potrzebuję takiej literackiej rozrywki, odpowiada moim gustom i potrzebom coraz bardziej zapracowanego i pozbawionego czasu na przyjemności człowieka. Bo trzeba jeszcze dodać, że fraza i rytm M. Krajewskiego nie zmieniły się. Czyta się "Erynie" bardzo szybko i przyjemnie. No i na pewno ta lektura wciąga. Kogoś kto nie ma czasu, tak jak ja, to bardzo motywuje zarówno do dokończenia tej książki (coś mi mówi, że Larsson nie będzie miał tego szczęścia, ciekawe czemu...) jak i do nabycia i przeczytania kolejnej. Kawałek dobrej czytelniczej rozrywki. Polecam.

Stella


Tytuł: Erynie
Autor: Marek Krajewski
Wydawca: Znak
liczba stron: 272
Data wydania: 17 maja 2010


W sieci, związane z tematem:
Strona oficjalna pisarza
Blog pisarza