Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Fiolet" Magdaleny Kozak


 

           14 stycznia 2012 r.
           Po raz kolejny jestem wstrząśnięta i mocno zmieszana. Takie emocje tym razem wzbudziła u mnie lektura "Fioletu" Magdaleny Kozak. Dawno już nie czytałam takiej kaszany.
           Na Ziemię spadły zarodniki kosmicznej rośliny, która bardzo szybko rośnie, a jak już urośnie to produkuje hurtowe ilości śmiertelnego dla wszystkich form życia (z wyjątkiem szczurów?) HCN - cyjanowodoru. Jedna z takich śmiercionośnych form życia, które ludzie nazywają Fiołkami (żal.pl) wyrosła w samym centrum Warszawy. Inne pojawiły się w wielu innych miastach na świecie (może w Polsce też, ale niczego o tym się nie dowiadujemy). Jedynym sposobem na zniszczenie prawdziwie pancernej rośliny jest niedopuszczenie do rozsiania się jej zarodników, zanim jeszcze dotrą do Ziemi. Tę bardzo niebezpieczną robotę wykonują Osy - specjalna, bardzo elitarna jednostka spadochroniarzy, którzy spadając wraz z przetrwalnikiem zawierającym zarodniki rośliny, utrzymują go stabilnie by jeden z nich (zwany Szerszeniem) mógł możliwie bezpiecznie wprowadzić do wnętrza przetrwalnika siarczan miedzi - śmiertelny dla zarodników. Oddziałem supertwardzieli Os dowodzi Drakkar. Podczas jednej z akcji ginie spadochroniarz. To zresztą żadna nowość. Do szczęśliwych rzadkości należą te akcje, z których wracają wszyscy w komplecie. Z jakichś przyczyn (które nie są dla mnie po tej lekturze jasne, a przede wszystkim nie czuję ich, autorka chyba każe tutaj wierzyć sobie na słowo) te skoki są szczególnie niebezpieczne. Na skutek przeróżnych nacisków i zakulisowych gierek Drakkar zostaje zmuszony do tego, aby na jego miejsce przyjąć kobietę (jakieś niezborne pitolenie o równouprawnieniu i wykorzystaniu tej idei do niecnych celów przez tego złego. Niestety do końca nie dowiadujemy się co i dlaczego ten zły ma przeciwko Drakkarowi osobiście.). Wybór pada na Milkę, która jest totalnie i po szczenięcemu zakochana w przystojnym, prze-męskim i tajemniczym niczym sam Edward Cullen Drakkarze.Dzieje się oczywiście dużo, dużo więcej. Jest to niestety tak potwornie skaszanione, że - przywołując klasyka - "psują mi się zęby przednie" i nie chce się tego nawet pamiętać.
           Nie wiem po co się pisze takie rzeczy. Naprawdę nie wiem. W każdym razie "Zmierzch" Stephenie Meyer przy "Fiolecie" to naprawdę finezyjna lektura jest. Trzeba pisać więcej? Trzeba oczywiście oddać autorce sprawiedliwość i przyznać, że z całą pewnością na skokach spadochronowych to ona się zna. Nie ma dwóch zdań. Ale cała reszta, która w tej powieści zdaje się mieć swoje znaczące miejsce, cała psychologia postaci, wszystko to leży, kwiczy, błaga o humanitarne dorżnięcie.
           Przede wszystkim powieść rozgrywająca się zasadniczo w środowisku prawdziwych macho jest napisana językiem pierwszokomunijnej dziewczynki z dobrego domu, która wręcz krztusi się ze wstydu i zażenowania, kiedy ma powiedzieć choćby "kurza noga". Co gorsza, nie tylko narratorka posługuje się taką w gruncie rzeczy infantylną w tych okolicznościach wymową. Choroba udziela się również tym twardzielom, którzy ostatecznie sprawiają wrażenie przypadkowej poniekąd bandy 16-to latków (tylko nie przeklinają przy kobietach). Chrystusie Panie, te ich "nocne Polaków rozmowy" to ja autentycznie myślałam, że to jest jakiś żart, satyra. Ale to chyba miało być na serio. Tu już nie chodzi o to, że to jest po prostu nieprzekonujące i nienaturalne. To już dawno przemknęło przez te rejony lotem błyskawicy i orbituje gdzieś w okolicach żenady, która sama też bynajmniej jeszcze nie stanowi punktu docelowego tej powieści na skali poruty.
           Psychologia postaci, jako się napisało, jest zjawiskiem, które we "Fiolecie" pojawia się chyba jedynie po to, aby zostać wystawionym na bezlitosną szyderę. Doprawdy dawno nie zdarzyło mi się zderzyć z taką papierową papką, jeśli chodzi o postaci. Szablon i to najpodlejszego i najtańszego gatunku, aż boli.
           Na tym jednak nie koniec, niestety. Autorka nie potrafi mimo usilnych starań przekazać w swojej pisaninie emocji. Jest to upośledzenie pisarskie, które w przypadku "Fioletu" Magdaleny Kozak jest bardziej niż wyraźne. A piszę te słowa ja, która potrafię zalewać się łzami na produkcjach Disneya. We "Fiolecie" było naprawdę parę miejsc, gdzie emocje winny sięgać zenitu, a ja - znając siebie - powinnam hurtowo niszczyć chusteczki do nosa. Nic z tego. O śmierci postaci, które czytelnik w założeniu miał polubić Kozak pisze jak o liście zakupów do zrobienia w osiedlowym warzywniaku. Ładunek emocji porównywalny. Co nie znaczy, że autorka się nie stara. Owszem, stara się i to wyraźnie. Jednak fakt, że mimo to nic jej z tego nie wychodzi nie może - co oczywiste - stanowić okoliczności łagodzącej. No bo jak można się nie śmiać bezczelnie kiedy jako za element mający posłużyć do opisu targających zachowującą się iście jak trzynastolatka Milką, autorka obiera sobie zgolenie rudych włosów swojej bohaterki niemal na łyso? To jest tak tanie, wyświechtane, płytkie i żałosne, że brakuje mi erudycji, żeby z odpowiednią siłą kopnąć taki pomysł w dupę. Czyli zrobić z tym jedyne na co to zasługuje.
           Swoją drogą zawsze miałam takie wrażenie, że żeby naprawdę dobrze robić coś tak niebezpiecznego, jak skoki spadochronowe, to potrzeba do tego nie tylko technicznych umiejętności, ale także trzeba najzwyczajniej być odpowiednio emocjonalnie i psychicznie dojrzałym i stabilnym. Podobny mechanizm, który powoduje, że jest się przyzwoitym kierowcą. Gdybym tak miała się w tym przedmiocie opierać na "Fiolecie" (co mi nie przychodzi do głowy), to musiałabym uznać, że to moje przekonanie, to jakaś brednia. Te ewidentne dla mnie braki skutkują również w innej sferze. Napisałam wyżej, że z jednej strony nie ma wątpliwości, iż autorka na skokach spadochronowych się zna i nie jest to znajomość nomen omen przelotna czy tym bardziej jedynie teoretyczna. Z drugiej zaś strony napisałam (i podtrzymuję), że nie wiem i nie czuję wciąż na czym polega to szczególne niebezpieczeństwo związane ze skokami jakie zawodowo oddają Osy. I moim zdaniem wynika to z upośledzenia pisarskiego jakiemu daje wyraz we "Fiolecie" Magdaleny Kozak, a o którym pisałam wyżej. Potworna indolencja w zakresie przekazu emocjonalnego. To samo wpływa i na rzecz moim zdaniem najważniejszą dla pisarstwa, a przynajmniej pisarstwa innego niż twórczość stricte naukowa. Magdalena Kozak (pisząc na podstawie "Fioletu") nie ma w sobie talentu gawędziarza. Trudno bowiem mówić o takim talencie, kiedy nie potrafi się zaszczepić u odbiorcy jakichkolwiek emocji. A już z pewnością emocji zgodnych z odautorskim założeniem. Bo też faktycznie, przyznaję, że lektura "Fioletu" emocji mi dostarczyła: irytacja, zażenowanie, zmieszanie, zdziwienie że to ponoć ta sama autorka, której powieści z cyklu o Nocarzu były nominowane do Nagrody Zajdla. We "Fiolecie" nie ma również niczego, co świadczyłoby o tym, że Magdalena Kozak potrafi pisać plastycznie, tworzyć realistyczne i przekonujące przestrzenie. Nie wiem jak to wytłumaczyć, że kiedy czytam o słonym wietrze znad morza u takiego np. Carlosa Ruiza Zafona, to jest to tak napisane, że czuję tę bryzę na twarzy. Kiedy z kolei czytam o emocjach jakie towarzyszą skokowi ze spadochronem u Magdaleny Kozak, to jest trochę tak, jakbym czytała instrukcję obsługi płyty indukcyjnej.
           Wszystko powyższe sprawia, że koniec końców "Fiolet" nie wciąga. Owszem, czyta się, bo się czyta. Ale odstawienie tego w kąt w dowolnym momencie lektury nie stanowi żadnego problemu. Ciekawa jestem czy okrzyczany poprzedni cykl tej samej autorki ("Nocarz", "Renegat", "Nikt") jest napisany podobnie. Jeśli odpowiedź miałaby okazać się twierdząca, to mogę jedynie stwierdzić, że nie pojmuję tego całego halo i załamać ręce nad gustem czytelników. Niczego tu jednak nie przesądzam, bo cyklu nie czytałam i - skutkiem doświadczeń z "Fioletem" - powracać do pisarstwa Magdaleny Kozak bez przymusu nie zamierzam. Czego i innym życzę.

Stella
Tytuł: Fiolet
Data wydania: 21 kwietnia 2010
Autor: Magdalena Kozak
Wydawca: Bellona, RUNA
ISBN 978-83-11-11791-4
Format 528s. 125×195mm
Cena 24,90


W sieci, związane z tematem:
Oficjalna strona Magdaleny Kozak
Polska strona powieści