Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Greywalker" Kat Richardson




         "Greywalker" Kat Richardson to gówno, które - gdyby ten świat był urządzony dobrze - miałoby szansę położyć kres wszelkiemu gównu. Niestety, naiwna nie jestem i wiem, że jeszcze nie raz na rynku księgarskim będą się pojawiać podobne produkty chorobliwych ambicji niby-autorów (i niby-autorek).
         Harper Blaine jest prywatnym detektywem pracującym w Seattle. Podczas rozwiązywania jednej ze spraw przytrafia jej się pewna przykrość. Otóż drobny oszust, którego właśnie zdemaskowała atakuje ją z taką zawziętością - na którą nie była w żaden sposób przygotowana - że nieomal ją zabija. W gruncie rzeczy, to nawet ją zabija, ponieważ naszą nieszczęsną bohaterkę odratowano z trwającego niemal dwie minuty stanu śmierci klinicznej. Oczywiście, jak nie trudno się domyślić, powróciwszy z zaświatów Harper nie jest już do końca taka sama. Cóżby to bowiem był za - tu posłużę się blurbem okładkowym - "porywający mix thrillera i powieści detektywistycznej", gdyby było inaczej? Harper z pewnym trudem świadczącym o cokolwiek ociężałej umysłowości (szczególnie jak na prywatnego detektywa) przekonuje się, że stała się Chodzącym w Szarości. Potrafi dostrzegać równoległą rzeczywistość, ową Szarość - zamieszkałą przez duchy i inne istoty strefę pomiędzy życiem a śmiercią. Cóż za oryginalny koncept, nieprawdaż? No właśnie. Potem pojawiają się i duchy i wampiry i nekromanckie artefakty (oczywiście potężne, a jakże) i mające niewątpliwie działać na wyobraźnię kwieciste opisy potwornych cierpień jakich doświadcza Harper w zetknięciu z Szarością (w ilościach hutrowych). Wszystko to zaś połączone ze sobą jest jakimś pretekstem fabularnym (bo fabułą tego nie sposób nazwać) polegającym na tym, że oto równolegle prywatny detektyw Harper Blaine dostaje do prowadzenia dwie sprawy, które - o losie słodki, któżby pomyślał... - będą się zazębiać.
         "Greywalker" to bardzo zła literatura. Fabularnie sztampa pozbawiona choćby cienia jakiegokolwiek polotu. Narracyjnie zaś ta powieść, w gruncie rzeczy, nie istnieje. Język jakim jest napisana jest ciężki, nieporadny i wysilony. Nie wiem na ile to wina autorki, a na ile tłumaczki (Dominika Repeczko). Tak czy inaczej wydaje się, że ta ostatnia stając wobec alternatywy: tłumaczenie wierne czy piękne, postawiła na wierność. I to był kardynalny błąd. Może to kwestia braku wyobraźni, może jakiejś niejasnej obawy przed ingerencją w tekst, nie wiem. Koniec końców efekt jest taki, że tam gdzie - jak wynika z rytmu tekstu i jak można wnosić po samej jego treści - w oryginale była jakaś w założeniu zabawna gra słów, przekład mordował choćby cień dowcipu. Ponieważ albowiem miał być wierny a nie piękny. Stąd przykładowo taki dialog ze świeżo upieczonym wampirem (jak powszechnie wiadomo wampiry nie mają odbicia w lustrze):
         "-Jezu, Cameron, używasz czasem szczotki?
         - Jakoś tak trudno mi się zobaczyć w lustrze.
         - Szczotki do zębów, nie do włosów."
(strona 232)
          No jakież to lekkie i zabawne. Zresztą przykładów niezręczności językowych w "Greywalker" jest aż nadto. Kilka z nich zasługuje na wzmiankę. I tak na przykład na stronie 138 po skórze biednej, wymęczonej (jak zwykle; nie wiem jakim cudem główna bohaterka nie zdycha Kat Richardson po prostu z wyczerpania i bólu w którymś momencie) biegają "gromadki dreszczy". Stronę wcześniej ( s. 137) Harper relacjonuje: "Trochę kręciło mi się w głowie, gdy próbowałam, ale spróbowałam." - jakże zręczna forma. Z kolei na stronie 206 budzi się kot i "rozdzierająco ziewa". Nie wiem nawet jak należałoby to skomentować. Chyba coś w rodzaju "twoja stara...". Albo taki dialog ze strony 293 świadczący o braku kontroli nad tym, co się pisze:
         "- Chcesz mi powiedzieć, że mężczyzna, który właśnie do Ciebie dzwonił, nie jest twoim synem?"
         - Nie, nie sugeruję."

         Z kolei na stronie 439 rozmówca Harper Blaine "brzmiał zmęczeniem". I pewnie do tego pachniał na niebiesko. Na stronie 411 ktośtam pełni funkcję "przewodniczącego rady zarządu" cokolwiek by to nie było...Jednak najpiękniejsze kwiatki zostawiłam na koniec. I one nie wymagają mojego "życzliwego" komentarza. Mówią same za siebie.
         Strona 113: "- Och, Mickey ma trochę zajęć, a przy tym doskonale potrafi pasać się we własnym zakresie." - WTF???
         Strona 509: "Cameron samorzutnie zobowiązał się do opieki nad nim."
         Takie niechlujstwo może świadczyć tylko albo o niekompetencji tłumacza i redakcji (Dorota Pacyńska), albo o braku elementarnego szacunku dla czytelnika. Względnie o tych dwóch jednocześnie.
         Trzeba jednak uczciwie przyznać, że sama autorka - Kat Richardson nie nastraja do wykonania przy płodach jej twórczości pracy szczególnie rzetelnej. W "Greywalker" nie ma bowiem niczego poza sztampą i tanią sensacją. W szczególności nie ma w tej powieści psychologii postaci. Po prostu zjawiska nie stwierdzono. Są papierowe kukiełki. Nic więcej. Z tego też powodu to, co powinno chyba przerażać nie przeraża. To, co powinno powodować do rozmyślań powoduje najwyżej irytację. To, co powinno budzić współczucie jest potwornie nudne. Jak zresztą cała powieść. "Greywalker" to najnudniejszy kawałek straty papieru, jaki czytałam od dłuższego czasu. A lasy deszczowe w Amazonii giną...
         "Greywalker" to w zasadzie nie jest powieść tylko spis kardynalnych błędów. Podręcznik "jak nie pisać". Nudna, infantylna, źle napisana, źle przetłumaczona, źle zredagowana, bardzo nietrafiona inwestycja. "Fabryko Słów i psie Sabo, nie idźcie tą drogą!". Gorąco odradzam.

Stella
Tytuł: Greywalker
Tytuł oryginalny: Greywalker
Autor: Kat Richardson
Przekład: Dominika Repeczko
Cykl: Chodzący w szarości
wydawca: Fabryka Słów
miejsce wydania: Lublin
data wydania: 2008
liczba stron: 520
rok wydania oryginału: 2006


W sieci, związane z tematem:
Polska oficjalna strona powieści
Oficjalna strona Kat Richardson