Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja zbioru opowiadań "Tak jest dobrze" Szczepana Twardocha:


 



           03 lipca 2011 r.
           Inwazja jaszczurów z kosmosu stała się faktem. Nie wiedzieć dlaczego w pierwszej (czyżby?) fali na swojego podmienili niejakiego Szczepana Twardocha z Pilchowic. Nie ma już Twardocha od "Epifanii wikarego Trzaski" czy "Przemienienia" albo nawet "Prawem wilka" (momentami). Nie wątpię, że mógłby ktoś powiedzieć, że to dobrze. Niestety ten, który jest teraz, ten od felietonów, które pociska w Polityce i właśnie przeczytanego przeze mnie zbioru opowiadań "Tak jest dobrze", jest żenujący.
            Można domniemywać, że autorowi tym razem chodziło o dotknięcie zagadnień zasadniczych. Uchwycenie istoty człowieczeństwa. Ićpanwhuj.
            Pewnie nikogo nie zadziwię, gdy wyznam, że moich intelektualnych mocy przerobowych wystarczyło akurat na tyle, żeby na podstawie lektury ustalić, że zdaniem autora, istota człowieczeństwa zamyka się w tym, że kobiecość dręczy mężczyznę i jest przyczynkiem do jego upadku, tego upadku katalizatorem. Że trywializuję? Pffff - pozwij mnie.Bełkotu jest tu ogólnie dużo. Nawet bardzo dużo. Akurat tyle, ile trzeba, żeby uzyskać przeświadczenie o dokonaniu się inwazji jaszczurów z kosmosu. Rozumiecie?
           W opowiadaniu "Gerd", (które formalnie jest bardzo w porządku) Szczepan Twardoch bełkocze troszkę o ulubionym swoim zagadnieniu (ok, jednym z kilku) czyli o tożsamości narodowej Ślązaków, troszkę o zagubieniu starego człowieka w świecie, ale po większej części to - Bóg mi świadkiem - nie wiadomo o czym. Aha, już na stronie 23 pojawia się słowo "wernakularny". Taki metabełkot. Lektura wakacyjna, jej mać.
           Kolejno w opowiadaniu "Ona płynie w moich żyłach" robi się świetnie, bowiem w warstwie dosłownej (po której nie chce się już człowiekowi poszukiwać znaczeń głębiej ukrytych) traktuje ono o tym, że kobiety a nawet dziewczynki pożerają mężczyzn i chłopców. Ot tak. Dosłownie pożerają. Czują chorobliwy głód i jako te zombie tudzież wąpierze czy inna swołocz nie mogą się powstrzymać i rzucają się na Bogu ducha winnych mężów, braci, kochanków, cieciów itp.. Nawet w Kościele grupa wsparcia nie daje rady. A na końcu to główny bohater pożera swoją żonę. Ja domyślam się, czy może zakładam, że to ma mieć jakieś drugie dno, jakiś głębszy sens, ale jest tak śmieszne w swej istocie, że nie jestem w stanie przymusić się do tego drugiego dna poszukiwania, sorry.
           Dalej idzie "Masara" - opowiadanie o tym jakie rany potrafią sobie ludzie zadawać ze zwykłej głupoty. Tym może trochę różni się od większości innych opowiadań z tego zbioru, że kobieta krzywdząca zadaje tutaj rany w akcie okrutnej odpłaty, którą trudno jest mieć za nieuzasadnioną. Szkoda tylko, że fabuła tutaj osnuta jest wokół sprawy, owszem - bolesnej i powszechnej, bo bezlitosnego wyśmiewania otyłości nastolatki, ale jednocześnie co tu gadać - tyleż bolesnej co i trywialnej. Samo zaś rozwinięcie myśli, jest tutaj akurat godne scenariusza słabego filmu telewizyjnego z początku lat 2000 którejś z lokalnych amerykańskich stacji telewizyjnych.
           Natomiast po "Masarze" następuje opowiadanie "Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka". I to jest jazda po bandzie. Nie. To zmiata jakąkolwiek bandę. Ja autentycznie mam nadzieję, że to zamierzony efekt, takie poczucie humoru którym Szczepan Twardoch chce się podzielić z czytelnikiem. Ale niestety pewności nie mam. W każdym razie to jest bełkot, który powala. Oczywiście jest tu i piękna kobieta, która najpierw wywyższa mężczyznę, by potem go bezlitośnie upokorzyć i zniszczyć. Ale to wszystko w takim metafizycznym sosie, z taką dozą nie wiem czego, że ręce opadają. Są tu jakieś chyba boskie bliźnięta, którym główny bohater zgnębiony przez swoją prześladowczynię pomaga przyjść na świat przy użyciu noża kuchennego. Ja nie wiem, naprawdę.
           A teraz "Uderz mnie" - moralitet na temat, że sado-maso jest be i że zioło też jest be. Narodzie... Ale oczywiście znowu jest kobieta, która jest temu wszystkiemu winna. Zbałamuciła swego czasu naszego głównego bohatera - mężczyznę aktualnie dystyngowanego, ustawionego, odnoszącego wielkie sukcesy zawodowe, zrealizowanego rodzinnie. Po zbałamuceniu go porzuciła, bo to zła kobieta była. Ale wcześniej kazała mu do siebie mówić brzydko kiedy się pieprzyli i bić w twarz. Koniec końców to co mu zaszczepiła, plus jeden skun równa się tragedia. Dacie wiarę? Mnie wierzyć się nie chce i nadal z niedowierzaniem przecieram oczy.
           No i wreszcie opowiadanie tytułowe "Tak jest dobrze". Ono jest w zasadzie raczej najspokojniejsze. Osadzone w realiach kolejnego z ulubionych zajobów (w pozytywnym sensie) autora - Spitsbergenu. Opowiadanie o człowieku, który z własnej głupoty stracił to, co najcenniejsze - rodzinę. Tyle, że znowu - podobnie jak w przypadku "Masary" - tyleż poważne, co i w gruncie rzeczy trywialne.
           Wszystkie te opowiadania (albo przynajmniej prawie wszystkie) łączą dwie cechy. Mamy tu mizoginiczny bełkot, a nadto wszystkie one aspirują do miana moralitetu. Problem w tym, że ten bełkot jest tak śmieszny, że skutecznie uniemożliwia przejście do analizy na poziomie moralitetu właśnie. No bo na litość Boską, nie potrafię się zniżyć do tego, aby analizować na tym poziomie opowiadanie o damskich zombie, straszliwych skutkach BDSM czy cokolwiek to było o czym traktuje opowiadanie "Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka", które jest jak dla mnie zbyt surrealistyczne, abym potrafiła cokolwiek z niego wyczytać.
            Mam wrażenie, że wszystkie te opowiadania mają traktować o kondycji człowieka. Przepraszam, ale wyć się chce. Nie z racji tej kondycji, ale z racji tych opowiadań. Jarosław Grzędowicz napisał kiedyś "Księgę jesiennych demonów". Porównanie "Księgi..." i "Tak jest dobrze" wystawia Szczepanowi Twardochowi bardzo złe świadectwo. Na podstawie tego, co napisał Grzędowicz dało się podyskutować, pomyśleć. "Tak jest dobrze" może być moim zdaniem jedynie przyczynkiem do załamania rąk, bo naprawdę ani myśleć o tym się nie chce, ani rozmawiać, ani nawet pamiętać. I wobec powyższego na znaczeniu całkowicie traci fakt, że warsztat Szczepan Twardoch nadal ma niezły.
           Bełkot rozczarowanego życiem gówniarza, który aż prosi się o domorosłą pseudo-psychoanalizę. Tak jest bardzo niedobrze.

Stella


Tytuł: Tak jest dobrze
Autor: Szczepan Twardoch
Wydawca: Powergraph
Format: 240s. 135×205mm; oprawa twarda
Cena: 32 pln
Data wydania: 29 czerwca 2011


W sieci, związane z tematem:
Recenzja mikropowieści Szczepana Twardocha "Epifania wikarego Trzaski" - Stella
Recenzja powieści "Gość papieża" Vladimira Volkoffa - Stella
Internetowy dziennik Szczepana Twardocha
Szczepan Twardoch w Wikipedii
Wywiad ze Szczepanem Twardochem w portalu "Katedra"
"Krasnoludki kontra Jezus, czyli epifanie w literaturze" - Pierwsza z cyklu rozmów o książkach. Do dyskusji zapraszają: Dukaj, Orbitowski, Szostak
Recenzja "Tak jest dobrze" na stronach Polityki