Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach
Recenzja powieści "Kantyczka dla Leibowitza" Waltera M Millera jr.:




           Moja ostatnia wizyta w antykwariacie zaowocowała nabytkiem w postaci "Kantyczki dla Leibowitza" Waltera M. Millera jr. (wersja w tłumaczeniu Juliusza Garzteckiego). Ta powieść SF odniosła swój sukces w 1960 r. zdobywając nagrodę Hugo. Jak więc widać, z całą stanowczością można tę lekturę zaliczyć do nadrabiania zaległości. Nie zdziwi też chyba nikogo, że powieść SF napisana w tymże 1960 r. wpisywać się będzie w nurt katastroficzny w literaturze fantastycznej spowodowanym lękiem przed skutkami ataku bronią jądrową. Obecnie ta koncepcja zdaje się być w odwrocie, co w oczywisty sposób pozostaje w związku z rewolucyjnymi zmianami na politycznej scenie międzynarodowej. Choć przecież odsunięcie jej na dalszy plan nie oznacza bynajmniej automatycznie zlikwidowania przyczyn takich obaw.
           Jednak "Kantyczka dla Leibowitza", choć w powyżej opisanym aspekcie może troszeczkę trącić myszką, to tak naprawdę nie zestarzeje się nigdy. Jest to bowiem opowieść o kwestiach podstawowych.
"Kantyczka...." skonstruowana jest z trzech części: "Fiat Homo", "Fiat Lux", "Fiat Voluntas Tua". Każda z tych części opisuje kolejne, ważne etapy w rozwoju ludzkości, która odradza się po hekatombie zagłady nuklearnej. Proces ten jest obserwowany, ale także w pewien sposób, subtelnie moderowany przez Kościół Katolicki, który jest i będzie zawsze tam, gdzie jest człowiek. W tym przypadku instytucja Kościoła po raz kolejny w historii służy jako skarbnica przechowywanej i chronionej przed utratą szczątkowej wiedzy naukowej, która przetrwała katastrofę.
A wiedza ta, w postaci fragmentów podręczników, książek, opracowań naukowych i innych memorabiliów, wymaga ochrony w szczególności przed skarlałą ludzkością. Dotknięci niewyobrażalnym nieszczęściem ludzie dochodzą bowiem do wniosku, że winna jemu jest wiedza naukowa, jaką zdobył człowiek i jaka umożliwiła mu dokonanie samozagłady. Dlatego ludzkość dziczeje w bezrefleksyjnym dokonywaniu zemsty na wiedzy i pogrąża się na wiele wieków w szaleńczym, krwawym analfabetyzmie. W takich właśnie warunkach były inżynier o nazwisku Leibowitz wstępuje w szeregi sług Kościoła Katolickiego i tworzy zakon składający się z braci księgomytników (wyszukujących i przenoszących księgi) i pamięciowców (trudniących się uczeniem się na pamięć ich treści na wypadek konieczności ich odtworzenia, gdyby jednak pisemna wersja uległa zniszczeniu), którego zadaniem będzie przechowywanie wiedzy dla przyszłych pokoleń - zakon Leibowitza. Wielu spośród nich zostanie męczennikami, w tym sam założyciel, który po latach zostanie kanonizowany przez Nowy Rzym. O staraniach o tęże kanonizację opowiada "Fiat Homo". Opowiada jednak także o nowym człowieku. Takim, jaki powstał z popiołów po nuklearnym Armageddonie. Skarlałym, w wielu przypadkach genetycznie i moralnie spotworniałym. Ale żywym i z nadzieją na przyszłość, którą dostrzega i za wszelką cenę pielęgnuje Kościół. Tę pierwszą, wstępną część czytało mi się najgorzej spośród wszystkich trzech.
           W "Fiat Lux", której akcja również toczy się w murach opactwa świętego Leibowitza kilka stuleci później, ludzkość zaczyna się budzić do myślenia. Pojawiają się jednostki, które są żądne wiedzy. Są też jednak przez to wściekle ambitne i niepokorne. Naznaczone sprzeciwem wobec kościelnej cierpliwości. To nie dziwi. Nowi filozofowie i uczeni mają tylko jedno ludzkie, krótkie życie. Bracia zakonu Leibowitza mają nieskończony ciąg pokoleń do swojej dyspozycji. Ale mają także nadzieję i wiarę. I mają świadomość, że po to właśnie przechowywali przez wieki swoje memorabilia i po to ich strzegli, żeby dać je człowiekowi, kiedy będzie gotów. Ale opat - dom Paulo, czuje obawy, bo ma świadomość olbrzymiej odpowiedzialności jaką przyjmuje na siebie udostępniając wiedzę świeckim filozofom. Dom Paulo ma bowiem Chrystusa, który pomoże mu dźwigać ciężar odpowiedzialności. To z kolei, pozwoli mu się nie uchylać przed tą odpowiedzialnością, przyjąć ją na siebie i iść dalej z jej olbrzymim piętnem. Świecki, błyskotliwie inteligentny filozof, który nawiedza opactwo celem zbadania memorabiliów - thon Taddeo, nie ma tego wsparcia. A kto go nie ma, będąc tylko człowiekiem, który dąży do wygody, do minimalizowania nieprzyjemności przy maksymalizowaniu przyjemności, będzie raczej skłonny porzucić ciężar odpowiedzialności za swoje czyny, niż uczciwie go przyjąć na siebie.
Obawy opata Paulo sprawdzą się w ostatniej części "Fiat Voluntas Tua", której akcja toczy się kolejnych parę stuleci później. Kościół a w nim zakon braci świętego Leibowitza nadal prowadzi swoją działalność podczas gdy ludzkość ponownie dąży do samozagłady, mimo iż zdołała już poznać piekielne skutki takiego działania. Ludzkość powtarza historię. Ale zakon Leibowitza w osobach ponad 20 braci a wraz z nim memorabilia i zalążki instytucji kościelnych nadal niosą nadzieję. Tym razem poza Ziemię, wszędzie tam, gdzie są ludzie - w Kosmos.
           Jak napisałam "Kantyczka..." nigdy się nie zestarzeje, a to dlatego, że - jak mnie przynajmniej się wydaje - Walter M. Miller jr. napisał tę powieść po to, żeby zdemaskować kłamstwo jakie jest w zdaniu "piekło to inni". Piekło to my. My wszyscy i każdy z nas. Ale Niebo to też my. "Piękni i czyści" tak jak na każdym początku.
Sposób sportretowania instytucji Kościoła przez Waltera Millera jest nieco tendencyjny, cokolwiek jednowymiarowy. Kościół w "Kantyczce..." nie popełnia błędów czy niegodziwości, jest czysty. Przede wszystkim jest trwały i monolityczny. Nie dziwi, że publikację "Kantyczki..." na polskim rynku wsparło wydawnictwo PAX . Ale, jak słusznie zdaje się podkreślać w posłowiu Radosław Kot, W. Miller subtelnie wprowadza też pewną krytykę pod jego adresem. Ma to miejsce w ostatniej części i jest związane ze sposobem, w jaki ostatni opat zakonu św. Leibowitza na Ziemi - dom Jethrab Zerchi - narzuca swoją wolę kobiecie z dzieckiem, która otrzymała śmiertelną dawkę napromieniowania. Nie nakazywać, nawet jeśli ma się przekonanie, że to może zbawić czyjąś duszę. Od nakazywania i egzekwowania siłą na ziemi nie jest Kościół, tylko Cezar. Opat odbywa za to pokutę i dostępuje łaski nadziei. W naszej rzeczywistości zapewne wielu nie pokutowało. Może też umierali bez nadziei.
          Jeśli o nadzieję chodzi, to ja z kolei mogę jedynie żywić taką, że ze względu na to co napisałam wyżej, udało mi się kogoś nakłonić do sięgnięcia po tę powieść, bo jest bardzo cenna i ważna ze względu na swoją mądrość. Dodam jeszcze tylko, że mimo swojej trudnej tematyki napisana jest językiem lekkim, narracja jest pozbawiona wszelkiego zadęcia, momentami występują elementy humorystyczne. Czyta się naprawdę bardzo przyjemnie, chwilami wyczuwając odległe pokrewieństwo do np. "Przygód Don Camillo". Mnie osobiście najtrudniej przyszło przyswajanie pierwszej części "Fiat Homo", która wydała mi się dość nudna, choć i w niej jest sportretowana niezłomność Kościoła w obronie wszelkiego życia. Nawet wtedy, gdy to może zagrażać sługom tegoż. To wzbudza szacunek. Nie nakłania do przyjęcia tej koncepcji, ale szacunek wzbudza z pewnością.
           Bardzo ważna pozycja. Również do odczytywania między wierszami. Polecam.


Stella


autor: Walter M. Miller Jr
tytuł: Kantyczka dla Leibowitza
tytuł oryginału: Canticle for Leibowitz
język oryginału: angielski
liczba stron: 360
rok wydania: 1991
wydawca: PAX
miejsce wydania: Poznań


W sieci, związane z tematem:
Bibliografia "Kantyczki..." na stronie Internet Speculative Fiction Database
Strona o adaptacji radiowej powieści autorstwa "Wisconsin Public Radio"
Źródełka "Kantyczki..."
Strona "muzycznego soundtracku" inspirowanego powieścią / ilustrującego powieść Johna Kannenberga