Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Pieśń dla Arbonne" Guya Gavriela Kaya :




          Guy Gavriel Kay nie pisze fantasy. On opowiada baśnie dla dorosłych. Niczym innym nie jest również "Pieśń dla Arbonne", baśń w której wykorzystuje motywy kultury trubadurów i truwerów i miłości dworskiej.
          Arbonne to położone na południu kontynentu, w łagodnym klimacie państwo, gdzie najwyższą władzę sprawuje hrabina Signe de Barbentain. Jednak struktura władzy jest tutaj nieco bardziej złożona i na jej ostateczny kształt wpływa dużo więcej czynników. Niepoślednim jest fakt umiłowania sztuki pieśni w Arbonne. Pieśni pisanych i komponowanych przez trubadurów, a wykonywanych przez wędrujących z nimi śpiewaków - żonglerów. To te właśnie pieśni, najczęściej miłosne, w sposób zdecydowany zaważyły na kulturze dworskiej, jaka powstała i na dobre zagościła w Arbonne. Ponad to - w przeciwieństwie do sąsiedniego Gorhaut - czci się tutaj przede wszystkim boginię Rian. Nie zapomina się również o oddawaniu czci męskiemu bogowi Corannosowi. Niemniej specyfika arbońskiego Dworu Miłości i samo sprawowanie rządów przez starzejącą się kobietę czynią z Arbonne w oczach nowego i barbarzyńskiego króla Gorhaut Ademara łakomy kąsek. Szczególnie po podpisaniu za namową swojego zausznika i doradcy, najwyższego kapłana Corannosa Galberta de Garsenc, niekorzystnego traktatu pokojowego z Valensą, na mocy którego Gorhaut straciło dość dużą część terytorium. Pomimo, że decydująca, zdawać by się mogło, bitwa została przez Gorhaut wygrana. Tymczasem w samym Arbonne od wielu lat gorzeje śmiertelny konflikt pomiędzy dwoma najznamienitszymi panami - księciem trubadurem Bertranem de Talair i Urté de Miraval. Źródłem nienawiści między nimi stała się żona pana de Miraval i kochanka Bertrana de Talair - Aelis de Miraval, których miłość i dramatyczna historia stała się swego rodzaju tematem publicznym. W tych okolicznościach do Arbonne dociera coran, najemnik z Gorhaut - Blaise, który nie potrafi się pogodzić z upokorzeniem Gorhaut, ale nie potrafi również żadną miarą zaakceptować swobody i kultury dworskiej Arbonne.
          "Pieśń dla Arbonne" to zdecydowanie, bez najmniejszych wątpliwości dzieło, które wyszło spod pióra Guya Gavriela Kaya. Rękę mistrza widać tutaj w każdym elemencie. Z drugiej jednak strony "Pieśń ..." nie jest w żadnym punkcie nowatorska. Teoretycznie można by tej powieści zarzucić, że jest wtórna. Bo też istotnie wypełnia ramy doskonale znanego czytelnikom Kaya schematu. Tak jak w "Lwach al-Rassanu", "Tiganie" czy w "Sarantyńskiej mozaice", w "Pieśni dla Arbonne" na tle wydarzeń o olbrzymim znaczeniu stykają się ze sobą osobowości wielkiego formatu. Wchodzą ze sobą w konflikty, albo współpracują ze sobą tworząc koalicje a nawet przyjaźnie. Podobnie jak w wymienionych wyżej powieściach, i tutaj również postaci te wydawać by się mogły nieznośnie posągowe. Mogły by, gdyby nie niesamowita umiejętność Kaya, która pozwala mu pisać o kwestiach patetycznych w sposób godny i poruszający, ale jednocześnie odległy od łzawego patosu.
          "Pieśń..." to przede wszystkim rzecz doskonale opowiedziana. Gawędziarsko, ale dostojnie. Pięknym językiem, którego tłumaczenie (Agnieszka Sylwanowicz) nie pozbawiło uroku i rytmu.
          Kay ponownie również ukazuje się jako autor, który potrafi przede wszystkim wygrywać półtony na emocjach czytelnika i przykłada wielką wagę do rzetelnego umocowania psychologicznego postaci. Te właśnie cechy charakterystyczne dla tego autora sprawiają, że "Pieśń..." jest tak dobrą baśnią o przemianie i obowiązku. Mnie jednak w "Pieśni..." poniekąd urzeka coś innego. Kayowi udaje się- wbrew pozorom - przełamać pewien kanon. Nie możemy być pewni nieskazitelności głównego bohatera. Nie możemy być pewni, czy to, czym zdecydował się zostać stając w opozycji do swojego znienawidzonego ojca to efekt jego świadomego i wolnego wyboru, czy też misternie utkanej, subtelnej i demonicznej intrygi. Na to pytanie Kay pozwala odpowiedzieć każdemu czytelnikowi, nie narzucając mu żadnego stanowiska.
          Obok wymienionych wyżej: pisania emocjami i rzetelnej psychologii postaci, kolejnym znakiem rozpoznawczym pisarstwa G.G. Kaya są dla mnie szczęśliwe zakończenia. To nie dziwi i nie stanowi również żadną miarą zarzutu, skoro przyjęłam założenie, że ten autor snuje baśnie. Co prawda dla dorosłych, niemniej baśń jest baśnią. Nawet jeśli (a może zwłaszcza jeśli) jest przeznaczona dla czytelnika dojrzałego. Zakończeniu "Pieśni dla Arbonne" może i dało by się zarzucić sielankowość niebezpiecznie graniczącą z intrygą rodem z brazylijskiej telenoweli. Ba, może nawet przekraczającą tę granicę. Cóż, która bajka nie kończy się niemal sakramentalnym "żyli długo i szczęśliwie"? Kayowi, za jego kunszt, jestem z stanie naprawdę bardzo wiele wybaczyć. Tym bardziej, że "Pieśń..." wcale nie jest pozbawiona cienia, o którym wspominałam, czy niepewności. Kończy się przez to szczęśliwie, jednak miałam świadomość, że takie szczęście bywa kruche i zadawałam sobie pytanie, jak długo może potrwać szczęście tych ludzi w takich okolicznościach.
          Wielkim talentem Kaya jest to, że jego postacie, mimo swojej dostojności, wielkości formatu, powołane są do istnienia jako prawdziwi ludzie z krwi i kości. Nie czyta się o nich jak o odległych postaciach z legend i pieśni, czy nawet kart książek historycznych. To są pełnokrwiste postaci uwikłane w swoje rozterki, problemy, radości i bóle. I to wszystko udaje się Kayowi wyczarować pomimo przyjętej baśniowej konwencji. Gdyby nie jego kunszt i talent opowieści takie jak "Pieśń dla Arbonne" mogły by być nie do zniesienia. Dzięki ręce mistrza potrafią trzymać w napięciu, nawet jeśli - tak jak w tym przypadku - nie stanowią szczytowego osiągnięcia gatunku.
          Na zakończenie wspomnę jeszcze o pewnym zabiegu formalnym, który mnie zaintrygował. Otóż, gdy akcja przenosi się z Arbonne, do Gorhaut narracja zmienia się z prowadzonej w czasie przeszłym, na prowadzoną w czasie teraźniejszym. Niby nic, taka subtelna, zdawało by się nieznacząca różnica. A jednak. Ta narracja, która prowadzona jest dla Gorhaut od samego początku buduje wrażenie tymczasowości, nietrwałości, przemijalności. Tymczasem narracja dla Arbonne, przez samo swoje odsunięcie zdarzeń, przesłonięcie ich opowieścią, nie relacją, budzi odczucia przeciwne. Drobny zabieg, ale okazuje się on jakże znaczący i świadomy. Czapki z głów.
          "Pieśń dla Arbonne" to doskonały, rzetelny Guy Gavriel Kay, choć pozycji "Sarantyńskiej mozaiki" w moim prywatnym rankingu z całą pewnością nie zagraża. Jest za to blisko "Lwów al-Rassanu", może naprawdę nieznacznie od nich gorsza. Czyta się znakomicie, jak to Kay. I jako Kaya nie można nie polecić.

Stella
autor: Guy Gavriel Kay
tytuł: Pieśń dla Arbonne
tytuł oryginału: A Song for Arbonne
język oryginału: angielski
liczba stron: 504
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 2008
oprawa: miękka
wydawca: Mag


W sieci, związane z tematem:
Strona oficjalna autora
"Złocista nić w gobelinie fantasy" - rozmowa Agnieszki Sylwanowicz z autorem
Stella recenzuje "Lwy Al - Rassanu"
Guy Gavriel Kay w serwisie RealityEnds