Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Korsarze Lewantu"


 


           Było takie wrażenie, że "Kawaler w żółtym kaftanie" będzie ostatnim tomem z cyklu awanturniczo - przygodowych powieści o kapitanie Alatriste i jego młodym towarzyszu Inigo Balboi. Tymczasem, bez rozgłosu, pojawił się kolejny już szósty tom cyklu - "Korsarze Lewantu".
           Tym razem Arturo Perez-Reverte swoich bohaterów umieszcza w służbie królewskiej na "Mulacie", dowodzonej przez kapitana Urdelamasa, zwinnej wojennej galerze trudniącej się korsarstwem na Morzu Śródziemnym. W służbie hiszpańskiego króla "Mulata" zajmuje się konwojowaniem hiszpańskich statków handlowych i rządowych i łupieniem wrażych statków, których jest za trzęsienie. Bowiem ówczesna Hiszpania na Morzu Śródziemnym walczy bodaj ze wszystkimi: Otomanami, Francuzami, Anglikami, Moryskami no i oczywiście pospolitymi piratami również. I oto właściwie jest wszystko, o czym opowiada Arturo Perez-Reverte w "Korsarzach Lewantu".
           Powrót kapitana Alatriste nazwałabym mianem tryumfalnego chyba gdyby grożono mi torturami, albo oferowano naprawdę duże pieniądze. Jako że żadna z wymienionych tu okoliczności nie zachodzi, to napiszę wprost: "Korsarze Lewantu" to niestety literatura dość marna, szczególnie jak na potencjał tego autora. Przede wszystkim jest niestety nudno. Kto chce, ten może się dowiedzieć, że Arturo Perez-Reverte udawszy się na zasłużoną emeryturę, poświęcił się swojej wielkiej pasji - żeglowaniu po Morzu Śródziemnym. Jasne, że chciałabym być na jego miejscu! Jednak dla "Korsarzy..." ta okoliczność osobista autora stała się o tyle zbawienna, co i zgubna. Zbawienna, bo czytając obszerne opisy żeglowania po tamtejszych wodach, marszruty "Mulaty", walk na pełnym morzu, okraszone dodatkowo dużą liczbą fachowych zwrotów, możemy przyjąć, że nie czytamy jakichś farmazonów. Zgubna z kolei, bo o ile pasjonat żeglarstwa (szczególnie XVIII wiecznego) może być zachwycony, o tyle przeciętny czytelnik, taki jak ja, szybko się po prostu znudzi.
           Nuda, to jest właśnie mój największy zarzut pod adresem "Korsarzy Lewantu". Zdecydowanie, jak na ten cykl powieściowy, to nie miałam tu praktycznie niczego, co by przykuwało moją uwagę. Nawet mimo splecenia losów Alatriste z nową postacią - Maurem Gurriato, który dołącza do kompanii kapitana, jako kolejny z jego nieodłącznych i honorowych towarzyszy. Co więcej, nawet mimo napięcia, który panuje pomiędzy Alatriste i Inigo i koniec końców doprowadza do ich ostrego konfliktu. Niestety, wszystko to, robi wrażenie dość wymuszonego i przeprowadzanego na siłę. Być może bierze się to z niemal całkowitego w tym tomie braku klasycznych antagonistów naszych bohaterów - Alquezara, który po wydarzeniach opisanych w "Kawalerze w żółtym kaftanie" popadł w królewską niełaskę i wraz z siostrzenicą został zesłany do Nowej Hiszpani, i Gualterio Malatesty, który skutkiem tamtych przygód niemal postradał życie. Praktycznie nie ma też Francisca de Quevedo, którego autor pozostawił na dworze królewskim.
           Niestety, plusy dodatnie w postaci znanej i lubianej frazy i doskonałego tłumaczenia (tym razem Filipa Łobodzińskiego wspiera w dziele Wojciech Charchalis), nie potrafiły mi w tym przypadku przysłonić opisanych wyżej plusów ujemnych. Wydaje mi się, że przyczyn takiego stanu rzeczy można i należy upatrywać w tym, że Arturo Perez-Reverte chyba planował zakończyć cykl przygód kapitana Alatriste na poprzednim tomie. Ten powrót zatem niejako siłą rzeczy jest cokolwiek kulawy. Przy czym trzeba powiedzieć szczerze, że w takich okolicznościach, jakie odmalowałam (zaznaczam, że mogę tu być, oczywiście, w błędzie) mogło być dużo gorzej. Tak to już bywa w przypadku wskrzeszania fabuł i bohaterów, którym zdaje się był przeznaczony zasłużony wieczny odpoczynek. Zatem można powiedzieć, że autorowi udaje się wyjść z kabały, w którą się wpędził nie bez szwanku, co prawda, ale jednak ostatecznie obronną ręką. Oczywiście o ile zechce kontynuować przygodę z tym cyklem i będzie w tym zamyśle na tyle zdecydowany, aby chciało mu się przewidywać kilka tomów do przodu.
           Podsumowując napiszę, że "Korsarze Lewantu" w ramach tego cyklu moim zdaniem są zbliżeni poziomem do "Słońca nad Bredą". Kto chce, może sprawdzić, że tamten tom również nie przypadł mi do gustu, choć nie oznacza to, że go nie doceniam jako tworzącego całość z resztą cyklu. Tutaj mamy sytuację praktycznie analogiczną. Jestem zadowolona z samego powrotu kapitana, ale miałam nadzieję na więcej przyjemności z tej lektury.

Stella
13 wrzeœnia 2009 roku
autor: Arturo Pérez-Reverte
tytuł: Przygody kapitana Alatriste tom: Korsarze Lewantu
tytuł oryginału: Corsarios de Levante
język oryginału: hiszpański
liczba stron: 320
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 2009
oprawa: miękka
wydawca: Muza S.A., Warszawskie Wydawnictwo Literackie


W sieci, związane z tematem:
Oficjalna strona pisarza
Strona serii Przygody kapitana Alatriste
Wywiad z Filipem Łobodzińskim
Nagroda Instytutu Cervantesa za tłumaczenie książki Artura Pereza-Reverte "W cieniu inkwizycji" z cyklu "Przygody kapitana Alatriste" (Limpieza de sangre) dla Filipa Łobodzińskiego
Stella recenzuje tom 1 serii - "Kapitan Alatriste"
Stella recenzuje tom 2 serii - "W cieniu inkwizycji"
Stella recenzuje tom 3 serii - "Słońce nad Bredą"
Hiszpański blog tematyczny - kapitan Alatriste



Oh Captain, My Captain