Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stiega Larssona


 


           25 kwietnia 2010 r. Gdybym miała w zwyczaju tytułować moje notki, niniejszej nadałabym wiele mówiący tytuł: <"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" czyli mokry sen pewnego dziennikarza>. Niesiona z prądem na fali zachwytów nad trylogią "Millennium" Stiega Larssona pożyczyłam sobie całość i póki co przeszłam przez "Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet". Zachwyty moim zdaniem okazały się mocno przesadzone.
           Oto poznajemy Mikaela Blomkvista - dziennikarza i wydawcę szanowanego, choć dość niszowego periodyku "Millennium". Blomkvist cieszy się dobrą marką jako solidny, ba nawet nadający ton fachowiec w swojej dziedzinie, którą jest mariaż dziennikarstwa śledczego i ekonomicznego. I wszystko byłoby po staremu, gdyby Blomkvist nie zaatakował wielkiego rekina szwedzkiej finansjery Wennerströma, który okazał się kąskiem na tyle trudnym do połknięcia, że Blomkvist z wyrokiem za zniesławienie ma trafić na trzy miesiące do więzienia (tutaj mała dygresja: jeśli by mi ktoś oferował wyrok do odbycia w szwedzkim więzieniu dla odbywających karę po raz pierwszy, biorę w ciemno). To potknięcie zawodowe naszego bohatera pociągnie ze sobą wiele nieprzyjemnych konsekwencji zarówno dla niego samego, jak i dla czasopisma, będącego nie tylko jego źródłem utrzymania, ale przede wszystkim spełnieniem zawodowych marzeń o periodyku niezależnym, odważnie piszącym nierzadko trudną prawdę, prawdziwie opiniotwórczym. Dość napisać, że koniec końców osobą Mikaela Blomkvista zainteresuje się inny, teraz już mocno podupadający potentat przemysłowy Henrik Vanger, który będąc już na emeryturze zamieszkuje na północy Szwecji, na wyspie Hedestad. Tam też zaprasza Blomkvista i oferuje mu trudną do odrzucenia w jego aktualnej sytuacji, dobrze wynagradzaną pracę. Henrik Vanger chce, aby Blomkvist napisał jego biografię stanowiącą w istocie kronikę rodziny Vangerów. Trzeba dodać, że Henrik nienawidzi swojej rodziny czyniąc rzadkie wyjątki dla nielicznych spośród jej członków. Jednak zadanie ma jeszcze drugie dno. Otóż w 1966 roku podczas jednego ze zjazdów rodzinnych zaginęła w niewyjaśnionych okolicznościach ulubiona bratanica Henrika, piętnastoletnia wówczas Harriet Vanger. Nigdy nie udało się ustalić jej losu. Henrik jest przekonany, że Harriet, w której pokładał wielkie nadzieje, została zamordowana przez kogoś z rodziny. Chce, aby Blomkvist przyjrzał się tej sprawie ponownie i postarał się odkryć co się stało z Harriet.
                 

            Równolegle czytelnik poznaje drugą z głównych bohaterek cyklu Lisbeth Salander. Dziewczyna jest drastycznie nieprzystosowaną społecznie hackerką, która współpracuje jako reasercherka z firmą ochroniarską. Jej zadaniem jest przeprowadzanie wywiadów na temat określonych osób. Przed powierzeniem zadania Blomkwistowi Henrik Vanger zlecił firmie z którą współpracuje Salander zgromadzenie informacji na jego temat. Koniec końców Mikael Blomkvist i Lisbeth Salander będą pracowali wspólnie nad zagadką zaginięcia Harriet Vanger.
            Brzmi nawet całkiem nieźle. Tym bardziej, że powyższe wprowadzenie jest zaledwie zawiązaniem akcji. Zdawać by się zatem mogło, że sprawa, w której roi się od tylu niejasności, nie tylko dotyczących tajemniczego zaginięcia Harriet Vanger, ale także zachowania Blomkvista podczas procesu i tajemnic przeszłości Lisbeth Salander, będzie przykuwała uwagę czytelnika. Niestety nie jestem w stanie z ręką na sercu powiedzieć, że "Mężczyźni..." byli lekturą wciągającą. Owszem, czytało się. Ale nie było w tym nic, co by mi nie pozwalało zasnąć do 3:00 nad ranem. Zagadka kryminalna znajduje swoje rozwiązanie, które choć nie jest całkowicie nieprawdopodobne, to jest na tyle wydumane, że nie sposób pomylić Stiega Larssona z doświadczonym autorem kryminałów, nawet jeśli by się nie wiedziało, że "Mężczyźni..." to jego debiut. Nadto język, którym jest ta powieść napisana również bez pudła zdradza kim z zawodu był autor (a był dziennikarzem). Jest to język dość suchej, może nawet kostycznej relacji, sprawiający wrażenie zaledwie ślizgania się po temacie, jeśli chodzi o emocje i psychologię postaci. Ten ton, oczywiście rzutuje na całość narracji co koniec końców powoduje, że nie potrafiłam do książki nabrać stosunku emocjonalnego, który jest u mnie właśnie nieodzowny dla wciągnięcia się w temat. Oczywiście wszystko powyższe pozostaje aktualne o ile nie stanowi jakiegoś niepożądanego "wkładu własnego" tłumaczki Beaty Walczak-Larsson.
            Ponadto nie sposób pisząc o "Mężczyznach..." pominąć pewnej śmiesznej maniery Larssona. Po pierwsze czytelnik powinien być ostrzeżony, że w tekście wręcz roi się od anglicyzmów, a w zasadzie wtrętów w języku angielskim. Jednak tu od razu spieszę napisać, że to podobno nie tyle dziwaczna i przynajmniej dla mnie dość denerwująca, maniera samego autora, co ponoć samych Szwedów. Podobno oni po prostu tak tam mówią. O ile tak jest, to trudno, trzeba to przyjąć jako trochę uciążliwe dobrodziejstwo inwentarza. Druga jednak rzecz to już ewidentnie efekt ordynarnego publicznego brandzlowania się śp. Larssona. Wychodzi na to, że Stieg Larsson był niepoprawnym makówkarzem. Ludzkie upośledzenie nie jest dobrym powodem do kpin i przytyków, to sprawa oczywista. Jednak nie mogę się powstrzymać od prostej konstatacji, że w pełni wystarczające byłoby podanie, iż w pewnym momencie Lisbeth Salander potrzebuje funduszy na nowego laptopa bowiem poprzedni został zniszczony. Podawanie szczegółowych parametrów technicznych i starego i nowego z typem procesora, pamięcią operacyjną, charakterystyką oprogramowania a także miejscem zakupu naprawdę niczemu tutaj nie służyło. Może poza tym, że skutecznie ośmieszyło w moich oczach Larssona. Podobnie żałosne popisywanie się znajomością adresów różnych stron internetowych. Naprawdę chyba każdy, kto ma dostęp do internetu po pierwsze wie jak wygląda zapis takiego adresu, po drugie zna tak popularne adresy jak google. Nie widzę przyczyn dla których jakoby lepsze od napisania np. "wszedł w googla" było podawanie, że "wpisał adres www.google.com". Żenua.
            Ale naprawdę śmiesznie się robi kiedy przyjrzymy się głównym bohaterom.
            O Lisbeth Salander w zasadzie nic śmiesznego powiedzieć nie można, zgoda. Całkiem dobrze, jak mi się wydaje, wyszła Larssonowi ta postać chorobliwej socjopatki jako taka, choć trochę za bardzo kojarzy mi się z cyborgiem. Niestety w pewnym momencie trzeba było skrzyżować Salander z Blomkvistem i tutaj następuje niejaki zgrzyt, by nie powiedzieć taka piękna katastrofa, jeśli chodzi o jej wizerunek.
             Ale to już wina Mikaela Blomkvista. A on to jest już po prostu niewyczerpana kopalnia lolsów. I poniekąd dość niekomfortowo jest to pisać kiedy zajrzy się do notki biograficznej autora. Wtedy bowiem z niesamowitą jaskrawością wychodzi na jaw, że Mikael Blomkvist jest niemal ordynarnym alter ego Stiega Larssona. Punktów wspólnych jest tak wiele, że nie sposób choćby usiłować temu przeczyć. Jednak można i należy pójść krok dalej - Mikael Blomkvist to w zasadzie, jako się napisało na wstępie, ucieleśnienie mokrego snu Stiega Larssona o sobie samym. Otóż Blomkvist to taki trochę dziennikarski James Bond. Przynajmniej w pewnych wymiarach. Przede wszystkim kobiety. Wszystkie, czy to po 50-tce, czy niemal nastolatki natychmiast i bez dania racji ciągną Blomkvista do łóżka. Biedaczyna nie jest w stanie się opędzić. Czytając to dosłownie żal mi się robiło tego w końcu już niemłodego gościa, który dzielnie dzierżąc w dłoni sztandar tej dobrej męskości wychodzi z siebie, żeby zaspokoić nimfomańskie wręcz żądze rosnącej rzeszy (no dobrze, przesadzam może, ale tak mi ładnie pasuje w narracji) kobiet. Czyni to dzielnie, odważnie stawiając czoła nie tylko niebezpieczeństwu wyczerpania sił, ale także chorób przenoszonych drogą płciową. Niestraszna jest mu perspektywa uciążliwego leczenia i rekonwalescencji.
            Jeszcze śmieszniejsze jest, że Larsson po prostu nie był w stanie odłożyć na bok swojego ostro lewicowego i zajadle antyfaszystowskiego a poniekąd również antykapitalistycznego światopoglądu. Fajnie, tak w pewnych zakresach bardziej moja półka, nie powiem. Ale efekt tak śmieszny, że proszę siadać. Przede wszystkim widać to w idealistycznym postrzeganiu misji dziennikarza. Niezłomny obrońca prawdy. Takie to fajne i takie nieżyciowe. Ale kiedy przychodzi do bezkompromisowej walki z paskudnymi kapitalistycznymi krwiopijcami, burżuazyjnymi spekulantami giełdowymi łapczywie chłepcącymi krwawicę spracowanego ludu szwedzkich miast i wsi, to można się poskładać. Będzie przykład, uwaga. Wywiad jakiego udziela Blomkvist jednej z prywatnych stacji telewizyjnych, fragmenty:
                     "- Musi pani rozróżnić dwa pojęcia - szwedzką gospodarkę i szwedzki rynek giełdowy. Ta pierwsza to suma wszystkich towarów i usług produkowanych w tym kraju każdego dnia. (...) To jest szwedzka gospodarka i ta gospodarka jest dzisiaj równie mocna albo równie słaba jak tydzień temu. (...) Giełda to zupełnie co innego. Tam nie ma żadnej gospodarki, żadnej produkcji towarów i usług. Tan są tylko fantazje, tam godziny na godzinę można podjąć decyzję o tym, że ta i ta firma będzie teraz warta o tyle miliardów mniej lub więcej. I to nie ma nic wspólnego z rzeczywistością, ani ze szwedzką gospodarką.
           -A więc uważa pan, że ten ogromny spadek na giełdzie w ogóle nie ma znaczenia?
          -Tak właśnie uważam. To nie gra żadnej roli. (...) To tylko oznacza, że masa potężnych giełdziarzy przenosi swoje akcje ze szwedzkich przedsiębiorstw do niemieckich. To właśnie tych giełdowych spekulantów jakiś mniej bojaźliwy reporter powinien nazwać zdrajcami kraju. To oni systematycznie i być może nawet świadomie szkodzą szwedzkiej gospodarce, żeby zaspokoić interesy swoich żądnych zysku klientów." (s. 618-619)."

            No to się chyba rozumiemy, nie? Trzeba może jedynie dodać, że wszystkie środowiska podchwytują te prawdy objawione w lot i oto mamy aksamitną rewolucję. No mówię Wam, kosmos. Ale przynajmniej śmieszny. Całości dopełnia niczym wisienka na torcie fakt, że na niedobrym kapitalistycznym spekulancie giełdowym Wennerströmie wzbogacić się może w tej powieści tylko ktoś taki jak socjopatyczna Salander. Ta dziewczyna okazuje się ostatecznie jedyną rozsądną postacią, jeśli o to chodzi, jakby mnie ktoś pytał.
            Zresztą polecam lekturę Epilogu. Epilog jest w tej książce najzabawniejszy. To w nim właśnie, po około 600 stronach ciężkiej pracy ręcznej, wreszcie Larsson ma wytrysk, co również czytelnikowi pozwala odetchnąć z ulgą i uśmiechem na twarzy. Czuję do Stiega Larssona i pewnego zakresu jego poglądów niejaką sympatię. Niemniej boję się otworzyć kolejne tomy cyklu, szczególnie ostatni z wydanych - "Zamek z piasku, który runął", który w blurbie ma napisane coś o wywołaniu przez Blomkvista "trzęsienia ziemi w rządzie i służbach bezpieczeństwa" (Szwecja ma jakieś służby bezpieczeństwa?).
            Z innej beczki - nie można niestety nie zauważyć pewnych braków korektorskich i być może redakcyjnych. Co prawda trzeba brać pod uwagę, że powieść jest słusznych rozmiarów i jakieś literówki może nawet miały prawo się prześliznąć. Ale jest ich w sumie całkiem sporo. Pominięte litery mogą na dłuższą metę trochę irytować. Pojawiło się też trochę ekstrawaganckich sformułowań: s. 299 "rozgotowane jajko" - znaczy rozgotowane na twardo?; s. 318 "okolica uginała się pod zwałami śniegu" - gałęzie to rozumiem, że się pod zwałami śniegu mogą ugiąć, ale żeby ugięła się całą okolica, to faktycznie tego śniegu musiało trochę spaść...
           Podsumowując mogę powtórzyć, że czyta się. Spodziewałam się co prawda więcej przyjemności z tej lektury niż dostałam, ale jeszcze nie osiągnęła dolnej granicy dopuszczalnej kompromitacji. Mam wrażenie, że gdyby Larsson nabrał trochę doświadczenia pisarskiego, to mógłby być autorem nienajgorszych kryminałów. Trochę mniej epatowania ideologią i wymyślnej przemocy a w to miejsce trochę więcej inteligentnej intrygi też z pewnością nie zaszkodziłoby "Mężczyznom, którzy nienawidzą kobiet". No i może, na Boga, tytuły bardziej mylące by mogły być?

Stella


Tytuł: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Tytuł oryginalny: Män som hatar kvinnor
Autor: Stieg Larsson
Przekład: Beata Walczak-Larsson
Wydawca: Czarna Owca
Cykl: Millenium
Oprawa: twarda
Cena: 44,90 zł
Data wydania: październik 2009


W sieci, związane z tematem:
Strona wydawnictwa Czarna Owca
Polska strona Stiega Larssona
Tekst Anny Kańtoch o Larssonie w Esensji
Stieg Larsson - strona oficjalna
Larsson Trilogy
Strona oficjalna szwedzkiej służby bezpieczeństwa SÄPO
My z IV Międzynarodówki - rozmowa z prof. Hakanem Blomqvistem