Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach


Recenzja powieści "Miasto masek"Daniela Hechta


 



           02 września 2010 r.
           Wakacyjny sezon ogórkowy zaowocował u mnie dziwnymi lekturami. Jedną z nich jest "Miasto masek" Daniela Hechta w tłumoczeniu Jerzego Łozińskiego.
           Książka opowiada o jednym z przypadków z jakimi zmaga się zawodowo tropicielka duchów niejaka Lucretia "Cree" Black. Pani Black jest z wykształcenia psychologiem, jednak po tragicznej śmierci ukochanego męża i doświadczeniu przy tej smutnej skądinąd okazji zjawisk paranormalnych, zajmuje się zawodowo i naukowo "leczeniem" duchów. Ktoś mniej wyczulony nazwałby ją po prostu wioskową babą zajmującą się egzorcyzmowaniem. No ale coś takiego nie ujdzie przecież we współczesnych Stanach, gdzie do bycia znachorką trzeba się legitymować dyplomem szacownej uczelni, członkostwem w elitarnym klubie zawodowym i prowadzeniem poważnie wyglądającego biura z sekretarką i całym tym anturażem przywodzącym na myśl nobliwą kancelarię adwokacką. Tym razem Cree Black mierzy się z całkowicie niecodziennym duchem w Nowym Orleanie. Otóż w Seattle, gdzie znajduje się siedziba paranormalnego interesu Cree (ona sama, jej wspólnik Ed i ich sekretarka Joyce) odwiedza Cree Ronald Beauforte przedstawiciel jednego z najstarszych i najznamienitszych rodów nowoorleańskich. Jego wizyta ma związek z duchem, którego rzekomo doświadczyła w ich rodowej siedzibie siostra Rona - Lila Warren. Ron całą sprawę mocno bagatelizuje uznając za fanaberię siostry i najprawdopodobniej efekt syndromu pustego gniazda. Niemniej angażuje Cree do zbadania sprawy, wyraźnie zastrzegając jednak, że robi to wyłącznie po to, aby uspokoić siostrę. Kiedy jednak pani Black - która ma wyjątkowe zdolności empatyczne pozwalające jej doskonale wczuwać się nie tylko w emocje żywych, ale również duchów - przyjeżdża do Nowego Orleanu i spotyka się z Lilą Warren, a potem spędza trochę czasu w domostwie Beauforte'ów, okazuje się, że sprawa jest śmiertelnie poważna. Lila padła bowiem ofiarą szczególnie podłej zjawy. Oczywiście nikogo nie zdziwi, że w celu wyzwolenia ducha będzie konieczne wyjaśnienie szokujących tajemnic z przeszłości, które wstrząsną posadami świata. Tymczasem przy okazji Cree Black, która od dziewięciu lat pozostaje w chorobliwej żałobie po swoim ukochanym mężu Mike'u, pozna w Nowym Orleanie psychiatrę do którego Beauforte'owie i mąż Lili zwrócili się o pomoc dla niej - Paula Fitzpatricka. No i oczywiście coś między nimi zaiskrzy. Ale rzecz będzie musiała przebiegać z olbrzymimi komplikacjami. Jedną, acz nie najważniejszą z nich, będzie zakochany w Cree od lat jej wspólnik Ed, którego jednak autor postanowił dogodnie na całość akcji umieścić poza polem działań - przy badaniu innej sprawy.
           Ogólnie rzecz biorąc "Miasto masek" to materiał na scenariusz jednej z tych tanich produkcji telewizyjnych z okolic końca lat 90-tych czy początku 2000-nych. Niemniej Daniel Necht czyni pewne wysiłki, aby nadać temu potworkowi jakiegoś poważniejszego sznytu. Stara się usilnie, aby było tu trochę więcej z psychologii postaci niż na ulotkach informacyjnych w McDonaldzie. Cóż z tego, skoro wszystkie pojawiające się tutaj postaci są dojmująco papierowe. Nawet jeśli w ramach tej sztampy autor stara się motywować działania postaci, wspominać o ich emocjonalności itd. to nadal przecież niczego to nie zmienia. Główna bohaterka nadal jest boleśnie wręcz sztampową "dzielną, piękną, inteligentną, niezależną i docenianą zawodowo kobietą po przejściach". I dokładnie to samo dotyczy wszystkich, read my lips: WSZYSTKICH postaci pojawiających się na kartach tej książki. Całkowicie epizodycznych w typie wynajętego zbira, czy właściciela podłego baru, w którym jednak obowiązkowo serwuje się najlepsze po-boye na całym południu USA, jak i grających pierwsze skrzypce jak Cree, Lili, jej matka, mąż, brat czy inni członkowie rodziny.
           Słowem czytanie tego było ogólnie dość przykrym doświadczeniem. Tak to już jest, kiedy ktoś się za bardzo stara, a mu nie wychodzi. Efekt jest taki, że całość przybiera niezamierzenie karykaturalne formy. I to właśnie przytrafiło się "Miastu masek". Intryga jest tak "zawiła", że nie sposób nie domyślić się wszystkich zwrotów akcji. Straszliwe zdarzenia z przeszłości, które zaważyły na stanie aktualnym są tak straszliwe, że aż straszliwie. No i oczywiście ten niezmiernie irytujący wątek romansowy, który musi przecież być wpieprzony zawsze w takie historie. Koniecznie z wydumanymi komplikacjami i jaszczurami z kosmosu w tle.
           Tak jest, Drogi Wędrowcze, dobrze się domyślasz. "Miasto masek" to kolejna propozycja Biblioteki Miejskiej w B., która zaatakowała moje szare komórki czyniąc w nich bezprzykładne spustoszenie, a następnie dziesiątkując jeszcze niedobitki. Niech przyjdzie noc.


Stella

tytuł: Miasto masek
autor: Daniel Hecht
wydawca: Zysk i S-ka
cykl: Cree Black
tytuł oryginalny: City of Masks
miejsce wydania: Warszawa
data wydania: 2006
liczba stron: 492
kategoria: horror
tłumaczenie: Jerzy Łoziński
wymiary: 125 x 180 mm
okładka: miękka
cena: 32.90 zł


W sieci, związane z tematem:
Na stronach wydawnictwa
Miasto masek w serwisie Onet Czytelnia