Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Linda. Historia pewnej zbrodni"Leifa GW Perssona


 

           18 listopada 2012 r.
           "Umierający detektyw" Leifa GW Perssona (moja ostatnia pozycja jego autorstwa) postawił poprzeczkę temu autorowi naprawdę wysoko. Stąd "Linda. Historia pewnej zbrodni", wydana w Polsce w tym roku, lecz napisana w 2005, stanowi dla mnie pewne rozczarowanie.
           W niewielkim prowincjonalnym mieście Växjö, w Smalandii, podczas szczególnie uciążliwego i upalnego lata, dochodzi do niespotykanej zbrodni. W mieszkaniu w spokojnej, a nawet całkiem zamożnej dzielnicy, zostają odnalezione zwłoki dwudziestoletniej Lindy Wallin. Sprawa jest szczególnie bulwersująca nie tylko ze względów oczywistych, ale także i dlatego, że Linda zanim została uduszona, została zgwałcona i była torturowana. Co więcej, dziewczyna uczęszczała do lokalnej szkoły policyjnej. Sprawa ma zatem charakter dodatkowo prestiżowy dla policji. Problem w tym, że po pierwsze lato to tradycyjny okres urlopowy w Szwecji, w tym w szwedzkiej policji. Po drugie, komenda wojewódzka policji w Växjö - czy to brzmi wiarygodnie, czy nie - od bardzo dawna nie miała do czynienia z tego kalibru zbrodnią i miejscowi śledczy nie mają doświadczenia pozwalającego im na sprawne przeprowadzenie dochodzenia. W naturalnym odruchu obronnym, chcąc zepchnąć odpowiedzialność jak najdalej od siebie, komendant wojewódzki prosi o pomoc swojego dobrego kolegę, który aktualnie pełni funkcję komendanta głównego policji. On również boryka się z kłopotem jakim jest letni brak kadr. Dlatego nie mając innego wyjścia oddelegowuje do tego zadania jedynego wyższego rangą funkcjonariusza, który mu pozostał pod ręką. Pech chce, że jest nim niejaki, znany czytelnikom Perssona skądinąd, Bäckström. W ten sposób nad sprawą zgwałconej i uduszonej Lindy zaczyna pracować liczny zespół złożony z policjantów miejscowych pod wodzą formalnie kierującego grupą Olssona, oraz stołecznych pośród których oprócz Bäckströma jest jeszcze dwóch młodszych funkcjonariuszy, Jan Lewin, pijaczyna Rogersson i Eva Svanström jako asystentka administracyjna. Całe to liczne towarzystwo zaczyna prowadzić śledztwo. Choć po prawdzie to zaczyna działać na oślep, jak przestraszone dziecko we mgle.
           Nie popełnię chyba wielkiego błędu jeśli powiem, że blisko 90% objętości powieści, to rzetelny, plastyczny i naprawdę bardzo wiarygodny opis chocholego tańca w jaki przeradza się śledztwo w sprawie zgwałcenia i zabójstwa pod faktycznym kierunkiem Bäckströma, który u Perssona jest podręcznikowym przykładem policjanta niekompetentnego, topornego i po prostu głupiego. Istnej pomyłki Kosmosu. Leif GW Persson po raz kolejny udowadnia, że po prostu zna od podszewki robotę o której pisze. Nikt, kto jedynie wyobraża sobie jak to wygląda, albo zna pracę nad śledztwem jedynie z opowieści, nie jest w stanie oddać tak plastycznie wszelkich niuansów sprawy. To całe kombinowanie z nadgodzinami, z rachunkami za delegację. Ale przecież także praca merytoryczna. Sposób, w jaki jest opisana. Chorobliwe wręcz przywiązanie do gromadzenia jednego rodzaju dowodów. Wszystko to jest bardzo kompetentne. A przez to, powiedzmy sobie, dość nudne. Bo ta robota taka właśnie jest - drobiazgowa, szczegółowa, czasochłonna, na co dzień niewdzięczna i bezowocna. Słowem nudna i żmudna. Ciągnie się jak flaki z olejem i w dużej części polega na czekaniu, nie kreowaniu zdarzeń. 90% objętości tej powieści, to opis czekania na przełom. Ale to czekanie jest urozmaicone kąśliwymi jak zwykle uwagami i komentarzami, które autor zwykł wkładać w usta, czy raczej myśli, swoich postaci. Odskocznią w postaci przebitek z wydarzeń, które mają miejsce symultanicznie gdzie indziej i początkowo zdają się być wyłącznie całkowicie zbędnym i dodatkowo męczącym wypychaczem stron, by dopiero po czasie zyskać na znaczeniu. Najważniejsze jednak, że jest to przede wszystkim naprawdę przekonująca historia śledztwa, które było na najlepszej mozliwej drodze do totalnego spieprzenia i zakończyło się umiarkowanym powodzeniem (chyba nikt nie spodziewał się jednak niczego innego) wyłącznie dzięki odrobinie szczęścia i efektom właśnie tej żmudnej, mrówczej i niedocenianej pracy, którą ktoś myślący wykonał za Bäckströma.
           Leif GW Persson jest człowiekiem niemłodym, życiowo i zawodowo doświadczonym i te wartości przenosi do swoich powieści. "Linda. Historia pewnej zbrodni" nie jest tutaj wyjątkiem. Być może za to tak sobie cenię jego powieści. Tu nie ma jednoznaczności, tak jak brakuje ich w prawdziwym życiu. I tak jak w prawdziwym życiu, nie ma tu oczywistych happyendów, gdzie złoczyńca zostaje złapany i sprawiedliwie skazany. To nie są bajki moralizatorskie, gdzie lenistwo i kombinatorstwo zostaje natychmiast i przykładnie napiętnowane i ukarane. Tu nic nie dzieje się szybko i rzadko kiedy efekt końcowy tych procesów jest jednoznaczny. Jak w życiu. Właśnie z tego powodu, i żadnego innego chyba, polecam lekturę wszystkich kryminałów Perssona, nie tylko tego. Ale nie polecam każdemu. Lektura dla konesera, którą najbardziej doceni człowiek już niemłody i choć trochę doświadczony.

Stella
Tytuł: Linda. Historia pewnej zbrodni
Tytuł oryginalny: Linda – som i Lindamordet
Data wydania: 3 października 2012
Autor: Leif GW Persson
Przekład: Dominika Górecka
Wydawca: Czarna Owca
ISBN 978-83-7554-487-9
Format 568s. 135×210mm
Cena: 39,90


W sieci, związane z tematem:
Oficjalna strona autora
"Inspector Norse: Why are Nordic detective novels so successful?" - artykuł z The Economist.
"Posłuchaj kto zabił premiera" - wywiad Wojciecha Orlińskiego z autorem