Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Pierwszy krok" Adama Przechrzty




          Niewątpliwie jest kilka takich "prawd objawionych" do których można z czystym sumieniem odnieść słowa piosenki Elektrycznych Gitar "są takie rzeczy, że nikt nie zaprzeczy". Przykładowo: "natura nie cierpi próżni" czy też "nic nie ginie, tylko zmienia miejsce położenia", "po nocy przychodzi dzień" itd.. Pośród nich jest również nieśmiertelna prawda o tym, że nawet jeśli "nieszczęścia chodzą parami", to "natura lubi symetrię". Ot, mądrości ludowe. Czasem jednak przychodzi człowiekowi przekonać się o ich trafności. Ja o trafności ostatniej z wyżej wymienionych przekonałam się właśnie za sprawą debiutanckiej powieści Adama Przechrzty "Pierwszy krok". Przypominam sobie z jakim niehamowanym entuzjazmem przyjęłam inny, po większej części, debiut polskich autorów jaki ukazał się na rynku ostatnimi czasy - zbiór opowiadań "Kochali się, że strach". No i jak łatwo się domyślić, dla zachowania kosmicznej zasady symetrii później musiałam trafić na "Pierwszy krok".
          Jedyne, co potrafię w miarę spokojnie napisać na temat tej powieści, to że z całą pewnością nie jest ona adresowana do czytelnika takiego jak ja. Zdecydowanie nie jestem miłośniczką zaserwowanego przez Adama Przechrztę klimatu. Jest to bowiem klimat, którego nie potrafię - mimo usilnych starań - przyrównać do niczego innego niż brazylijska telenowela podana w sosie rodem wprost z Bollywood. Wszystko to zaś przyozdobione postacią głównego bohatera - księcia, dowódcy wojskowego, stratega i maga Adama de Sarnac, którego charakterystyka to temat na osobny akapit. Zresztą niemal wszystko w tej powieści zasługuje na osobny akapit, lecz niestety w tonie biegunowo odległym od peanu pochwalnego.
          Akcja "Pierwszego kroku" rozgrywa się w realiach mniej więcej historycznych. Przy czym jednak w moim odbiorze dużo mniej niż więcej. Mamy bowiem potężną Francję, którą włada para królewska: Adrienne i Thomas de Sarnac. Mają dwójkę dzieci - starszego Normana i młodszą Alijah. Adam de Sarnac jest dowódcą gwardii pary królewskiej. Mamy również niegrzecznych Irów, którzy będą na tyle bezczelni, że w oburzający sposób naruszą rodzinną idyllę francuskiego dworu prowokując wojnę. Oczywiście to nie będzie jedyna komplikacja. Dużo większym problemem stanie się konieczność podjęcia walki z potężnym i złym demonem, który będzie nastawał już nie tylko na francuską rodzinę królewską z jej licznymi przyległościami, ale - zdaje się, choć pewności nie mam - ogólnie na cały porządek świata. Mamy również Cesarstwo Rzymskie. W tle pałętają się Chiny i Afryka z Egiptem. Słowem chciałoby się rzec - znamy to z naszej, jak najbardziej realnej rzeczywistości (oczywiście za wyjątkiem tego demona i wszechobecnej magii). To, z kolei, pozwala przypuszczać, że powieść jest osadzona w realiach zbliżonych do historycznych, jednakże będzie to historia alternatywna. I już tutaj, u samego zarania, zaczyna się poważny problem. Powieści brakuje ekspozycji. Brakuje w sensie dosłownym i brak ten jest dojmujący. Chciałoby się wiedzieć dlaczego w tej alternatywnej historii nie ma Bizancjum. Jakie mechanizmy zadziałały w ten sposób, że nie ma (no chyba nie ma...) Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Jak doszło do nawiązania kontaktów pomiędzy Cesarstwem Rzymskim i Chinami (choć tego to akurat można się domyślać. Po prostu doszło). Chciałoby się może nawet wiedzieć jakie to ziemie zajmują ta inna Francja i ten inny Rzym? Nie, nic z tych rzeczy. Adam Przechrzta wrzuca czytelnika na dwór francuski niefrasobliwie zakładając, że wrzucony ma się we wszystkim orientować za pomocą intuicji względnie jakiegoś innego szóstego zmysłu. Ewentualnie dość ryzykownie zakładając, że pytania o jakieś wprowadzenie nie będą zaprzątać ślicznej blond główki czytelnika, którego natychmiast porwie wartka akcja. Na nieszczęście autora, nie każdy czytelnik jest jako ta blondynka z kawałów, a i akcji - choć jak najbardziej wartka - cokolwiek brakuje.
          Drugi jednak z moich kardynalnych zarzutów względem tej powieści dotyczy jej kompozycji. Czytając miałam nieodparte wrażenie, że A. Przechrzta nie napisał jednolitej całości, a raczej połączył kilka opowiadań, które szczęśliwie osadzone są w tej samej fikcyjnej rzeczywistości, mają zachowaną chronologię zdarzeń i, oczywiście, tych samych bohaterów i tym sposobem awansowały do miana rozdziałów jednej powieści. Dobry przykład to wojna z Irlandią. To jest wątek, który przemyka w "Pierwszym kroku" lotem błyskawicy i gaśnie jako ten meteoryt, co to w kabaretowej piosence zespołu Kaczki z Nowej Paczki przeleciał nad naszą wsią. Tak, służy jako pretekst ku temu, by wyrazić pogląd w zakresie oświeconego zastosowania kodeksu Hammurabiego, i co z tego? Takich pretekstów w powieści jest aż nadto, nawet zostają wykorzystane, jak choćby w przypadku morderstwa jakiego dokonuje Luiza de Sarnac. Całość zresztą, nie jedynie ten wątek, sprawia wrażenie niedopracowanej. Moim zdaniem przyczyn takiego stanu rzeczy należy się dopatrywać w jakimś braku zdecydowania autora? Może w braku czasu, który zaowocował pewnymi niekonsekwencjami fabularnymi. Pojawiają się ni z tego ni z owego jakieś nowe postaci (np. Marta, czy Crni). Inne, które zdawałoby się, że coś tam rokują zostają porzucone (np. Lucien Luneville). Jakieś wątki bardzo epizodyczne, które sprawiają wrażenie wprowadzonych wyłącznie w celach dydaktycznych (kwestia lichwiarza od którego jedna z drugoplanowych bohaterek zaciągnęła pożyczkę na wyścigi konne, "złota młodzież" tępiąca syna Cesarza - swoją drogą rzecz moim zdaniem całkowicie nie do pomyślenia). Z kolei zagadnienia ważne, a nawet z punktu widzenia fabuły kluczowe, zajmują tu zaskakująco mało miejsca. W szczególności dotyczy to samego demona, z którym Adam de Sarnac ma walczyć. Praktycznie niczego się o nim i pobudkach jego działania nie dowiadujemy. Z cudem niemal graniczy, że poznajemy jego miano. Jest zły, ponieważ jest demonem, a jest demonem, bo jest zły. Cała reszta to straszne pójście na łatwiznę, jakiś magiczno-pseudofilozoficzny bełkot pojawiający się z wypowiedziach Adama de Sarnac nieodmiennie poprzedzany wprowadzającą frazą w stylu "to bardzo skomplikowane, nie mam teraz czasu tego porządnie tłumaczyć". No cóż, po czymś takim niestety pozostaje jedynie wrażenie, że sam autor nie przemyślał dokładnie koncepcji swoich światów magicznych i samej magii i bezczelnie idzie po linii najmniejszego oporu. Tak jest, bo tak koniec, kropka. Można i tak, ale nie ze mną te numery, Bruner.
          Inna jeszcze rzecz, że ten wspominany wyżej nachalny i w gruncie rzeczy prostacki dydaktyzm potwornie mnie denerwuje i dyskwalifikuje w moich oczach "Pierwszy krok" jako powieść dla ludzi dorosłych. Wrażenie to tylko pogłębia zastosowana przez autora maniera fabularna. Otóż wszystkie, nawet najgorsze trudności jakie autor stawia na drodze swoim bohaterom zostają w iście ekspresowym tempie przezwyciężone. I piszę tu o najbardziej irytującym modelu przezwyciężania kłopotów. A mianowicie znikają one natychmiast, bowiem tak oddziałuje aura Adama de Sarnac, tudzież jakiegoś innego bohatera (jednak księcia de Sarnac najczęściej). I tutaj dochodzimy do kolejnego punktu, a jest nim sam główny bohater.
          Nie przepadam za kultową skądinąd postacią Jamesa Bonda. Irytuje mnie wykreowany na potrzeby tej postaci sposób bycia. Wszechwiedza, mistrzostwo w każdej dziedzinie, nieprzeciętna inteligencja, porażający seksapil prawdziwego mężczyzny, doskonała sprawność fizyczna, niepospolite przymioty charakteru i można by tak wymieniać jeszcze długo w noc. Otóż, aby scharakteryzować Adama de Sarnac weźmisz takiego Bonda, pomnożysz go razy nieskończoność. Dasz mu wyjechane w kosmos zdolności magiczne, do tego uczynisz z niego niedościgłego stratega, doskonałego i ubóstwianego przez swoich żołnierzy dowódcę, kochającego dzieci (z wzajemnością) człowieka rodzinnego (czytaj: takiego, dla którego dobro rodziny i przyjaciół jest zawsze suprema lex) a nadto chodzącą legendę swoich czasów, która musi się w związku z tym siłą, bronią i podstępem oganiać od całych nieprzeliczonych zastępów przepięknych kobiet gotowych na wszystko (jest taka scena, jak Boga kocham...).
          Słowem gdzie stąpnie tam wyrastają wonne fiołki, a przed nim bieży baranek, a nad nim lata motylek. To jednak jeszcze nie wszystko. Gdyby główny bohater był zaledwie taki, jakim nieudolnie staram się go odmalować, byłby dla mnie po prostu irytujący. Być może nawet niebotycznie irytujący, ale nic ponad to. Jednak autor nadaje Adamowi de Sarnac, może nawet bezwiednie, cechy, które czynią z niego postać, która na mnie działa jak czerwona płachta na byka. Nie dowiadujemy się co prawda, w jakim wieku jest Adam de Sarnac, jednak należy przypuszczać, że jest człowiekiem dorosłym i w pełni ukształtowanym. Posiada wiedzę i doświadczenie życiowe, nie można mu tego chyba odebrać. Jednak arogancja, w jaką wyposaża go autor mogłaby góry przenosić.
          Arogancja, niczym nie limitowane poczucie własnej wyższości i pogarda dla innych, którzy nie są jemu podobni. To są cechy, które na zawsze już będą mi się kojarzyły z tą postacią i które sprawiają, że jest ona dla mnie niemal odrażająca. Nie wiem, może to nie tak miało być. Może miał Adam de Sarnac być po prostu postacią kryształową, mądrą, powszechnie lubianą itd.. Może tak miało być. Ale nie wyszło. W mojej osobistej ocenie, strasznie nie wyszło. Być może ma z tym coś wspólnego sposób, w jaki Adam Przechrzta konstruuje emocjonalność swoich postaci. Moim zdaniem katastrofalnie.
          Nie rozumiem i nie zgadzam się. Energicznie i stanowczo protestuję przeciwko czemuś takiemu. Otóż uważam za całkowicie nieprawdopodobne i co więcej, nie dające się uprawdopodobnić, że żołnierze, weterani, fachowcy dadzą się okręcić wokół małego paluszka siedmioletniej dziewczynce. I to naprawdę migiem! Niechby i była księżniczką francuską Alijah (swoją drogą zgodnie z opisem autora, ma ona być wyjątkowa, ale naprawdę nic na tę jej wyjątkowość nie wskazuje, nic kompletnie). I to w sile całej... kohorty. Co więcej, niemalże całe wojsko rzymskie będzie później chciało wstąpić do tej kohorty. No, głowa boli. Nie godzę się też żadnym sposobem z tym, że dorośli ludzie na których spoczywa od jakiegoś już czasu, jak mniemam, ogromna odpowiedzialność, choćby nawet pozostawali w bardzo zażyłych stosunkach, podkreślając swoje emocje będą "wywracali oczami".
          Adam de Sarnac i reszta postaci "wywracają oczami" (tak to jest określane w tekście) niemal bez przerwy. Pamiętam, że i ja miałam w życiu okres "wywracania oczami". Nie umiałam się powstrzymać, czego by do mnie rodzicie nie powiedzieli - już ostentacyjnie wywracałam gały, tak że prawie tylko białka było widać. Miałam wtedy jakieś 13 - 14 lat i szybko z tego wyrosłam. Wychodzi na to, że władcy tej innej Francji i innego Rzymu nie posunęli się w swojej emocjonalności wiele dalej. I znowu - wierzę, że to nie tak miało być. No, ale tak wyszło. Ponadto postaci w "Pierwszym kroku" zaskakująco mało mówią, natomiast zgodnie z opisami autora często do siebie warczą: " - Cośtam cośtam - warknął Adam". I tak niemal bez przerwy.
          Wyjątkowo razi mnie też sposób w jaki różne postaci odnoszą się do władców, w tym dotyczy to gwardii przybocznej. Ja rozumiem, licentia poetica niemniej bardzo mnie razi, że do potężnych (jak sądzę) władców praktycznie każdy może się zwracać w tonie skrajnie odległym od szacunku.
          Inny temat to cała kwestia dziecięca w "Pierwszym kroku". Oczywiście jestem nieobiektywna (jak zresztą we wszystkim, co napisane zostało powyżej i jeszcze napisane zostanie), bo nadal i niezmiennie nie lubię dzieci. Niemniej, jakoś tak dzieci są w "Pierwszym kroku" ważne. Nie tyle dla fabuły, ile raczej może dla autora? (to tylko luźne i z pewnością nieuprawnione przypuszczenie). Otóż krzywda dziecięca jest w "Pierwszym kroku" największą możliwą krzywdą, a jej wyrządzenie to najgorsza z najgorszych zbrodnia. Szczególnie zaś na przykładną i bestialsko surową karę zasługuje wykorzystywanie seksualne nieletnich. Świetlany Adam de Sarnac karze takie występki jeśli nie śmiercią, to czymś dużo gorszym od śmierci.
          I tym sposobem dochodzimy do kolejnej uwagi o charakterze nieco bardziej ogólnym. Z pewnością zgodnie z założeniami autora w "Pierwszym kroku" nie zetkniemy się z jakąkolwiek głębszą myślą, czy poważniejszym rozważaniem. Stąd też wszelkie zagadnienia o charakterze moralnie ocennym są tutaj podane w ekstremalnych wydaniach, nie pozostawiając miejsca na odcienie szarości. No bo jak tu dyskutować z postulatem przykładnego i surowego karania pedofilów? Nadto lekką ręką A. Przechrzta na ołtarzu głoszenia - słusznych czy nie słusznych, nie miejsce aby to roztrząsać - postulatów sprawiedliwościowych, składa prawdopodobieństwo kreowanych sytuacji. Tak jest w mojej ocenie w szczególności w przypadku pojawiającej się pod koniec powieści, swoja drogą jak filip z konopi, Marty - matki skazanego na śmierć mordercy, która godzi się z wyrokiem na swojego syna, jako słuszną odpłatą za jego przewinienia. Sądy karne uzasadniając swoje wyroki, w zakresie oceny materiału dowodowego, posługują się (zresztą idąc za dyrektywami kodeksu postępowania karnego) m. in. wskazaniami wiedzy i zasadami doświadczenia życiowego. Bóg mi świadkiem (a dysponuję tutaj naprawdę dużą liczbą obserwacji), że taka reakcja matki do wymienionych wyżej wskazań i zasad ma się nijak.
          Niestety nielogiczności tutaj jest dużo, dużo więcej. W trakcie lektury wynotowałam sobie co bardziej rażące z nich.
          Adam de Sarnac płynąc do Rzymu na statku poznaje Julię Paulę, która jest najsławniejszą rzymską kurtyzaną. Na marginesie, chyba nie powinno już nikogo dziwić, że chyba wszystkie kobiety, które przewijają się na kartach "Pierwszego kroku" są zniewalająco piękne. To przecież takie... normalne. Niemniej najsławniejsza rzymska kurtyzana nie wie do czego służy "smoczy pierścień" (coś w rodzaju nakładki wibracyjnej Durexu).
          Niejaka Ismena na stronie 117 najpierw zostaje wykąpana, ale już po kąpieli podaje coś Adamowi de Sarnac niedomytą dłonią.
          W okolicach stron 360 i następnych Ylva niefrasobliwie zdradza pilnie strzeżone tajemnice Potęg osobie, o której nic nie wie. Ta sama Ylva ma taką właściwość, że jej uwadze nie umkną nawet najdrobniejsze sprawki, a jednak biedaczyna, jest zaskoczona zaślubinami Adama de Sarnac i Tancerki, które swoją drogą w sensie dosłownym przeorały enklawę tej ostatniej (s.409 - 410).
          Wreszcie gdzieś około stron 502 - 504 jedna z pojawiających się epizodycznie postaci - Crni jest najpierw określany jako morderca ("Crni nie był przemytnikiem, był mordercą" - s. 502), a potem już mówi się o nim, że jest przemytnikiem. Swoją drogą ten, to był akurat dobry morderca, bo nie zabijał niesprowokowany. A że czasem te prowokacje animował? Ach, cóż to, przecież kiedyś walczył u boku samego Adama de Sarnaca wszechmogącego. Takim to wolno.
          Zdaję sobie sprawę, że moja ostra ocena "Pierwszego kroku" z pewnością wynika po części z prostego faktu, że to zdecydowanie nie jest powieść, która swoim nieskomplikowaniem, czarno - białym światem, brakiem złożoności i - co tu dużo gadać - nieudolnością w zakresie oddania uczuć i emocjonalności trafia w moje gusta. Niestety, obawiam się, że ta prosta konstatacja nie wyczerpuje całości zagadnienia. Wydaje mi się, a jednocześnie mam nadzieję, że powieść znajdzie wśród szerokich rzesz czytelników właściwego odbiorcę. Mnie jednak zniechęciła do sięgania po prozę Adama Przechrzty nad wyraz skutecznie. "Pierwszy krok" jest w istocie bardzo niepewny i chwiejny. Może kolejne będą lepsze. Dobrze by było, ale ja już tego nie sprawdzę. Ze swej strony serdecznie odradzam.

Stella
autor: Adam Przechrzta
tytuł: Pierwszy krok
liczba stron: 512
miejsce wydania: Lublin
rok wydania: 2008
wydawca: Fabryka Słów


W sieci, związane z tematem:
Strona Fabryki Słów
Recenzja autorstwa Marcina 'malakha' Zwierzchowskiego dla serwisu "Polter"