Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Pan Lodowego Ogrodu, tom II" Jarosława Grzędowicza




           Vuko Drakkainen a także młody tohimon klanu Żurawia powracają na kartach drugiego tomu "Pana Lodowego Ogrodu" Jarosława Grzędowicza i nie jest to powrót kompromitujący, choć z drugiej strony nie można chyba też mówić o spektakularnym sukcesie.
          Po zakończeniu lektury pierwszego tomu na kontynuację czekałam żywiąc co do niej duże nadzieje, tym bardziej że nie było wówczas pewne czy a "Pan Lodowego Ogrodu" będzie dylogią, czy też będziemy mieli dłuższy cykl. Teraz jest już pewne, że mamy do czynienia co najmniej z trylogią. W drugim tomie opowieść nie znajduje finału.
          Vuko przemieniony w drzewo zostaje z niego uwolniony aby kontynuować swoją misję, która teraz jest już zdefiniowana nieco inaczej niż na początku. Ku swemu przerażeniu odkrywa, że jednym z efektów jego cudownego uwolnienia jest poważne, a nawet bardzo poważne uszkodzenie cyfrala. Nie rezygnuje jednak i dalej dąży do sfinalizowania swojego zadania.
          Młody Żuraw z kolei kontynuuje swoją ucieczkę z przybocznym Brusem i stara się realizować ostatni rozkaz swojego ojca.
          Bardzo często mówi się o "syndromie drugiego tomu" mając na myśli, ogólnie biorąc, pewien kryzys, obniżenie lotów jakie dotyka często środkowe tomy powieści obliczonych na dzieła przynajmniej trzytomowe. Nie sposób powiedzieć, że Jarosław Grzędowicz w "Panu Lodowego Ogrodu" unika tego syndromu. Istotnie, drugi tom "PLO" uważam za gorszy od otwierającego. Jest bardziej fabularnie rozwlekły, choć ktoś inny może powiedzieć po prostu: niespieszny. Niemniej są w nim elementy, które powodują, że nie czytałam go z takim zainteresowaniem jakim cieszył się u mnie tom pierwszy.
          Dla autora "PLO 2" był trudnym sprawdzianem kunsztu pisarskiego i moim zdaniem Jarosławowi Grzędowiczowi udało się jednak wyjść z niego obronną ręką. I to nawet zdecydowanie. Nie można bowiem powiedzieć, że drugi tom "PLO" jest nudny i całkowicie nieinteresujący. Nie można także powiedzieć, że jest całkiem wydumany, a akcja posuwa się do przodu wyłącznie dzięki szczęśliwym zbiegom okoliczności i interwencjom sił nadprzyrodzonych. Jarosław Grzędowicz zdaje ten test na dwóch płaszczyznach.
          Po pierwsze udaje mu się nie przekroczyć delikatnej granicy pomiędzy lekkim naciąganiem fabuły, a denerwującym i irytującym czytelnika zjawiskiem mnożenia magicznych artefaktów, pojawiania się szczęśliwych zbiegów okoliczności tudzież nieprzewidzianych trudności i tak dalej. Bardzo łatwo jest popaść w taką skrajność w przypadku środkowego tomu powieści. Jarosławowi Grzędowiczowi udaje się mimo wszystko zachować tutaj pewien umiar i zdrowy rozsądek. Dzięki temu można co prawda z jednej strony ubolewać nad występowaniem scharakteryzowanego wyżej "syndromu drugiego tomu", ale z drugiej strony nie da się odmówić ze wszystkim słuszności głosom tych, którzy będą twierdzić, że to tylko zmniejszenie tempa, że akcja po prostu nie gna tak bardzo, ale to tylko pozwala "kontemplować widoki". Osobiście uważam, że jeśli coś takiego można powiedzieć o drugim tomie, to jest to już pewien sukces.
          Po drugie Jarosław Grzędowicz broni się także warsztatowo. To nie dziwi w przypadku tego autora. Przyzwyczaił mnie już do tego, że prezentuje niezmiennie bardzo wysoki poziom warsztatowy, że prowadzi klimatyczną, gawędziarską narrację, a jego bohaterowie - przynajmniej ci pierwszoplanowi, w szczególności cynik niepozbawiony przecież jednak zmysłu moralnego (znamy takich bohaterów doskonale) - to postaci pełnokrwiste. Wszystko to sprawia, że lektura jest naprawdę przyjemną rozrywką i potrafi nieźle wciągnąć. Gdyby autor obniżył tutaj poziom, byłoby to dla mnie prawdziwie niemiłym zaskoczeniem.
          W drugim tomie "Pana Lodowego Ogrodu" Jarosław Grzędowicz balansuje na krawędzi. Jest blisko popadnięcia w sztampę i zaprezentowania czytelnikowi klasycznego, topornego questu. Fantasy drogi w kiczowatym wydaniu. Jednak udaje mu się nie lada sztuka i nie przekracza tej granicy. Udaje mu się zaprezentować rozwinięcie swojej opowieści w taki sposób, że choć za rogiem niebezpiecznie majaczy już tandeta, to jednak nie znajduje ona dostępu na karty "Pana Lodowego Ogrodu". Może jedynie końcowy akcent wątku Drakkainena razi tutaj pewną niekonsekwencją i pójściem na łatwiznę.
          PLO2 czytało mi się dobrze, mimo że nie przykuł mojej uwagi już w takim stopniu jak tom pierwszy. Uważam, że mimo wszystko tom drugi znajduje swoje uzasadnienie. Odkrywa pewne mechanizmy, niektóre kwestie czyni jaśniejszymi i wszystko to z pewnym wdziękiem, nawet mimo tego, że niektóre motywy jako żywo się kojarzą (np. tortury przy pomocy igieł nasuwają nieodparte skojarzenie z "Achają" Andrzeja Ziemiańskiego).
           O drugim tomie "Pana Lodowego Ogrodu" mogę powiedzieć, że jest dobrze ale nie beznadziejnie. To niezła kontynuacja naprawdę zajmującej opowieści. Mam jednak nadzieję, że całość zamknie się w trzech tomach. Dobrze zdaję sobie sprawę, że wszystko drożenie, a żyć trzeba, ale bywają takie przybytki, od których jednak głowa może zaboleć. Na przykład przesadny przybytek liczby tomów.

Stella



autor: Jarosław Grzędowicz
tytuł: Pan Lodowego Ogrodu, tom 2
język oryginału : polski
liczba stron: 632
miejsce wydania: Lublin
rok wydania: 2007
oprawa: miękka
wydawca: Fabryka Słów


W sieci, związane z tematem:
Biogram pisarza w WIKI
"McGyver skrzyżowany z Robocopem w roli jednoosobowej brygady ryzykownego ratunku" recenzja pierwszego tomu cyklu Agnieszki Chojnowskiej
Jarosław Grzędowicz na stronie Oficyny Wydawniczej "Fabryka Słów"