Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Tanatonauci" Bernarda Werbera


 



           28 sierpnia 2011 r.
           Bernard Werber jako autor fantastyki zainteresował mnie z dwóch powodów. Po pierwsze jest on czynnym naukowcem, po drugie jest Francuzem, czyli jego fantastyka z założenia nie powinna być identyczna z tą najpopularniejszą - z kręgu anglosaskiego. Lektura "Tanatonautów" jego autorstwa wspiera tezę, iż obie z wymienionych cech mają wyraźne przełożenie na pisarstwo tego autora.
           W zasadzie "Tanatonauci" to nie jest fantasy czy s-f. Z całą pewnością nie klasyczne. Zdecydowanie więcej w "Tanatonautach" jest z powieści filozoficznej niż jakiegokolwiek s-f, w tym spod znaku Ch. Strossa czy Ch. Mieville'a. W gruncie rzeczy można nawet powiedzieć, że jest to powieść filozoficzno - społeczna z niewielką zaledwie domieszką czegoś na kształt s-f.
           W początkach drugiej połowy XXI wieku we Francji pierwsze kroki zaczyna stawiać nowa dziedzina wiedzy, którą jej twórcy (zarazem główni bohaterowie powieści) określają mianem tanatonautyki. Otóż zdarzyło się razu pewnego tak, że prezydent Francji Lucinder pada ofiarą zamachu. Udaje się uratować życie głowy państwa, jednak gdy Lucinder powraca do życia zaczyna zachowywać się trochę podejrzanie. W szczególności zwierza się swojemu ministrowi zdrowia, że doświadczył NDE (Near Death Experience), które powszechnie są w tamtym czasie uznawane za efekty biochemicznych reakcji zachodzących w wyłączającym się mózgu i reminiscencję dawno już przebrzmiałej mody z lat 70-tych na relacje z rzekomych wypraw na drugą stronę tęczy. Co więcej, Lucinder jest tak silnie przeświadczony o autentyczności swoich okołośmiertelnych doświadczeń, że poleca swojemu ministrowi wszczęcie dyskretnych badań nad tym fenomenem. Unieszczęśliwiony takim poleceniem (które ma za szczególnie nienaukowe) minister po naradzie z żoną, kompletuje ekipę złożoną z profesora Roula Razorbaka - biologa który od dzieciństwa ogarnięty był obsesją badania zjawiska i ideologii śmierci, jaką przejął po swoim ojcu - filozofie, który pisał obszerną pracę "Śmierć, ta nieznajoma" i niejako przy okazji popełnił samobójstwo; i Amandine Ballus - przepięknej pielęgniarki, równie co Razorbak pochłoniętej obsesją śmierci. Tych dwoje stanowi trzon zespołu, który później się rozrośnie dokooptowując między innymi głównego bohatera i narratora powieści - doktora Michaela Pinsona (anestezjologa), Rose Pinson, Stefanię Chiachelli czy Freddy'ego Meyera. Jednak początkowo "badania" polegają w gruncie rzeczy na - co tu dużo gadać - zabijaniu ochotników, którymi są osadzeni w jednym z najcięższych więzień skazani. Makabryczne w swej istocie eksperymenty długo nie przynoszą spodziewanych pozytywnych rezultatów, do czasu, gdy pierwszemu z tanatonautów udaje się bezpiecznie wystartować i powrócić do swojego ciała. Od tamtego czasu rozpoczyna się podbój Ostatecznego Kontynentu - krainy śmierci. Przekraczanie kolejnych barier, poznawanie kolejnych jej terytoriów, ba nawet umiejscawianie jej w realnej przestrzeni [sic!].
           Naprawdę charakterystyczne dla "Tanatonautów" jest, że mamy tu przedstawiony poniekąd w krzywym zwierciadle, ale przy zachowaniu wszelkich kanonów rozwój dziedziny wiedzy. B. Werber z pewnością opierał się w tym zakresie na własnej wiedzy i doświadczeniach jako badacza. Zatem mamy trudne i zniechęcające początki, problemy aprowizacyjne, potem pierwsze sukcesy, zainteresowanie w środowisku naukowców i kolejno w społeczeństwie, rozwój dziedziny wiedzy, udoskonalanie metod badawczych i wreszcie przedstawiony może cokolwiek karykaturalnie wpływ tej nowej nauki na społeczeństwo. Samo w sobie jest to fascynujące. Szkoda tylko, że mimo naprawdę interesujących zabiegów formalnych, podane jest w sposób nużący czytelnika. Muszę przyznać, że ostatnich kilkadziesiąt stron czytało mi się już naprawdę źle i robiłam to zdecydowanie bardziej z poczucia obowiązku niż dla przyjemności.Jednocześnie trzeba powiedzieć, że Werberowi udało się wytworzyć w tej powieści klimat, który ma w sobie coś z bezwzględności i mroku "Trio z Belleville" czy "Delikatessen". Trzeba sobie tylko odpowiedzieć na pytanie, czy taki klimat się dobrze toleruje.
           "Tanatonauci" to dość szczególna lektura. Co do tego nie mam wątpliwości. To coś w rodzaju moralitetu, powieści filozoficzno - społecznej. To też efekt badań jakie przeprowadził z pewnością Bernard Werber nad wyobrażeniami życia po życiu w różnych kulturach i religiach, jak również relacji tych, którzy powrócili z podróży na tamtą stronę. Nadto biorąc pod uwagę niezaprzeczalny fakt, że w ogólnie pojętej kulturze zachodu śmierć nadal stanowi temat tabu, nie sposób odmówić Werberowi odwagi. Wziął na warsztat różne wyobrażenia Ostatecznego Kontynentu, stworzył ich syntezę i - przede wszystkim - odbrązowił i odmitologizował samą ideę śmierci i jej tajemnicy. I kazał się czytelnikowi nad tym co zrobił poważnie zastanowić. Niemniej niestety jako się napisało wyżej - lektura jest dość nużąca i od pewnego momentu zaczyna męczyć.
                                                       
           Ambiwalencja odczuć - przede wszystkim ta właśnie emocja mi towarzyszy kiedy staram się w jakiś sposób ocenić "Tanatonautów". Z jednej strony poniekąd niezdrowa fascynacja tematem. Z drugiej strony to znużenie, o którym już tyle pisałam.Naprawdę nie wiem, czy zdecyduję się jeszcze kiedykolwiek sięgnąć po tego autora. To z całą pewnością naprawdę bardzo ciekawy przypadek, ale też nie wpasowuje się w nurt rozrywkowo - wypoczynkowy. Co to, to nie. A tymczasem ja od dłuższego już czasu właśnie tego - przyzwoitej rozrywki i wypoczynku poszukuję w literaturze. Jeśli się zdecyduję, to w każdym razie nieprędko.

Stella
Tytuł: Tanatonauci
Tytuł oryginalny: Les Thanatonautes
Data wydania: 29 lipca 2009
Autor: Bernard Werber
Przekład: Oskar Hedemann
Wydawca: Sonia Draga
Cykl: Tanatonauci
ISBN 978-83-7508-176-3
Format: 592s. 125×195mm
Cena: 32,—


W sieci, związane z tematem:
Strona oficjalna autora