Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach


Recenzja antologii "Tempus fugit" :


 




           Właściwie nigdy nie czytałam antologii, to jest zbiorów opowiadań różnego autorstwa. Jakimś sposobem nie potrafiłam się przemóc mając na uwadze, że wraz z każdym kolejnym opowiadaniem będę musiała siłą rzeczy przyzwyczajać się do innego stylu, klimatu a nawet innej konwencji. Zdawało mi się to z jednej strony trochę męczące, a z drugiej rozpraszające uwagę, nie pozwalające się skoncentrować. Postanowiłam jednak spróbować i pod wpływem pewnego zbiegu okoliczności kupiłam "Tempus fugit" tomy 1 i 2 za jednym zamachem. Nie mając doświadczenia w pisaniu o antologiach chyba pójdę po linii najmniejszego oporu i cokolwiek mało wyrafinowaną metodą napiszę w punktach, po kolei jakie wrażenie zrobiły na mnie poszczególne opowiadania.
         1.J. Grzędowicz "Zegarmistrz i łowca motyli". Jak na tego autora przystało opowiadanie napisane sprawnie, żywym językiem, z dbałością o uprawdopodobnienie zaprezentowanej koncepcji i interesującą i doskonale podaną wizją świata - w tym przypadku - przeszłości. Nastrój dość melancholijny, ale jednocześnie fabuła jest tak pomyślana, że akcja pozostaje wartka i naprawdę trzyma czytelnika w napięciu. Do tego ślicznie i z dbałością odmalowane postaci, nie tylko te pierwszoplanowe, co w opowiadaniach nie zdarza się szczególnie często. Moją uwagę zwróciły zwłaszcza postaci Abackiego, Babackiego i Cabackiego i - oczywiście - detektywa żydowskiego pochodzenia Holzmana. Ale przecież J. Grzędowicz nie potraktował po macoszemu nawet tak, w gruncie rzeczy - epizodycznych postaci jak ksiądz i jego woźnica. Doskonale też autor buduje narastające napięcie i we właściwych proporcjach odsłania przed czytelnikiem rąbka tajemnicy, a samo rozwiązanie nie należy do najgorszych.
           2. M. Wójtowicz "Załatwiaczka". Całkowita zmiana klimatu. Z melancholijnego opowiadania o pewnych cechach kryminału noir, przechodzimy w sympatyczny świat wykreowany przez Milenę Wójtowicz - jak na karuzeli. Nie czytałam powieści jej autorstwa, więc nie mogę wiążąco, w oparciu o własne czytelnicze doświadczenia wypowiadać się co do tego, czy ten nieco infantylny, w gruncie rzeczy całkiem przyjazny, a jeśli groźny to trochę w stylu opowiadania o duchach przy ognisku w czasach podstawówkowych, klimat jest dla pisarstwa tej autorki charakterystyczny. Opierając się jednak na takich przesłankach jak liczne opinie przeczytane w internecie i biegłość stylu w "Załatwiaczce" wnoszę, że tak właśnie z dużym prawdopodobieństwem może być. Jako się napisało świat w gruncie rzeczy troszkę ["teletubisiowaty", sympatyczny, o sprawiających wrażenie niegroźnych, "obłych" kształtach. Opowiedziany ze swadą i w specyficznym, lekkim stylu epizod z życia adeptki niewdzięcznej profesji załatwiaczy (czyli takich co załatwiają. Wszystko, łącznie z nieruchomością w innym wymiarze). Kwestia podróży w czasie potraktowana wyraźnie nieskomplikowanie, bez przesadnego przyglądania się szczegółom. Ogólnie może być, choć nie mój klimat.
           3.E. Dębski "Najważniejszy dzień w tym roku". Ciekawa, i kto wie czy nie prawdopodobna wizja przyszłości opanowanej przez wszechwładzę reklamy. Do tego wartki styl i umiejętność opowiadania. Niestety ponad to w tym opowiadaniu nie ma wiele. Powiedzmy jednak, że wystarczy.
           4.P. Majka "Poświat". Autor jest mi całkowicie nieznany. Jak wynika z noty o nim niekoniecznie musi to być efektem tego, że nie czytuję SF. Po prostu zdaje się, że mało publikował. "Poświat" jednak daje nadzieje, że jego powieści (jeśli jakieś zostaną wydane) będą interesujące. Dobry, płynny styl i intrygująca kreacja świata przyszłości w klimatach hard SF. Mimo tego, że nie przepadam za nimi, to jednak opowiadanie jak najbardziej doceniam. Jego osnowa nie jest szczególnie skomplikowana, czytając miałam troszkę wrażenie jakbym oglądała odcinek jakiegoś serialu SF, niemniej nie byłby to najgorszy serial.
           5.M. Wroński "Niewiele brakowało". M. Wrońskiego kojarzę jako autora "Tfu, pluje Chlu" i nie jest to najlepsze skojarzenie. Poza tym, że tamte opowiadania nie bardzo mi się podobały, po prawdzie niewiele z nich pamiętam. "Niewiele brakowało" jest opowiadaniem osadzonym w tej samej fantastycznej rzeczywistości, którą znamy w "Tfu, pluje Chlu" (i prawdopodobnie "Węża Marlo"). Opowiadanie jednak zrobiło na mnie tym razem lepsze wrażenie, niż znane mi poprzednio. Nie wiem jednak z czego to wynika. W każdym razie jest dobrze opowiedziane, ma niezłą stylizację i ogólnie nie bardzo widzę, czego się tu wstydzić. Choć całość nie wzbudziła we mnie ani emocji, ani refleksji - ot, czytadło.
           6.S. Uznański "Matka gromów". I tu jest się nad czym pochylić. To najdłuższe opowiadanie w tej antologii. W zasadzie nie tyle opowiadanie, co mikropowieść. I jednocześnie, zdradzić muszę, że chyba od czasu "Pierścienia. Spadku po ostatnim templariuszu" J. Molista, nie czytałam niczego równie zjawiskowo beznadziejnego. Coś mi mówiło, że z opowiadaniem, które mniej więcej na samym początku ma tak: "Stanęła posągowo piękna, ognisty poblask latarni grał na jej mokrym ciele, uwydatniał wszystkie zalety nieprzeciętnej figury" może być coś nie tak. Niestety nie pomyliłam się. Właściwie to nie boli mnie, że autor z uporem godnym lepszej sprawy bierze morgenstern za "maczugę". Morduje mnie jednak styl S. Uznańskiego i nieprawdopodobne wprost niedbalstwo jeśli chodzi o psychologię postaci, szczególnie głównej bohaterki - Aylayath. Tym bardziej mnie to dziwi, że - jak poucza notka o autorze - jest on z wykształcenia psychologiem. To mogłoby tłumaczyć, dlaczego w prawidłowym kontekście i znaczeniu używa takich pojęć jak "engram". Ale tym bardziej zaskakuje, że Aylayath, która ma być "herosem", bohaterką, wielką czarodziejką władającą gromami i Władczynią Smoków, ma posiadać analityczny, a wręcz "matematyczny" umysł i bogowie raczą wiedzieć co jeszcze, ma kłopoty z podejmowaniem decyzji, mazgai się ale nade wszystko z łatwością ulega chwilowym nastrojom, jest emocjonalnie chwiejna i - ponad wszystko - da się ją oszukać jak naiwne dziecko. No i jak to jest, że teoretyczna baba z jajami, niepokonana czarodziejka-wojowniczka, prowadząca gry polityczne w swoich czasach, która zadziornie deklaruje, że zamiast rodzić dzieci i czekać w domu na męża, aż ten wróci z karczmy, sama wolała siedzieć w karczmie, upija się do nieprzytomności, podczas gdy jej towarzysz (o którym jeszcze nie wie czy może mu zaufać) pozostaje trzeźwy jak niemowlę ? A do tego "stylowe" kawałki jak następujące: "(...) Posiadam wiedzę i umiejętności wykraczające poza zdolności przeciętnej istoty ludzkiej. Jeżeli więc coś zagraża mojej rasie, naturalne jest, że próbuję się temu przeciwstawić.(...) Jeśli ktoś potrafi walczyć ze złem... powinien to robić." Chwilę potem o tej samej "mojej rasie" choć znietrzeźwiona : "Ten świat jest dla mnie obcy, a ludzie odrażający. Nic nie jest takie jak przedtem. Jesteście jacyś, nie obraź się, nienaturalni, sztywni i okropni. Zimni. Tak. Lodowato zimni. Jak płazy albo gady. Nie umiem tu żyć. Więc zrobię dla tego świata to, po co mnie tu przywołano (swoją drogą jakiś goblin przywołał ją do tego świata, żeby mu dała dupy [przyp. mój]) A potem się zobaczy. Może zdechnę do tego czasu?" Wreszcie na koniec zdradza: "Tak naprawdę to chcę umrzeć. Tylko szukam okazji, rozglądam się czy śmierć nie czeka na mnie za którymś rogiem. Całe życie za nią biegam. A i tak jakiś skurwysyn goblin mnie wskrzesza i trzeba szukać wciąż i wciąż." I tak dalej w podobnej stylistyce. Dialogi złe, strasznie złe dialogi. Drewniane i wyzute choćby z cienia jakiejkolwiek życiowości. I od czasu do czasu pojawia się jakiś "skurwysyn", ewentualnie goblinowe "daj mi dupy", które miało chyba być elementem komicznym, ale trzeba mieć bardzo dużo dobrej woli, albo złego smaku, żeby się z tego śmiać. Poza tym akcja w założeniu ma pędzić. I pędzi, tylko co z tego? Jak na przybysza sprzed 7 tysięcy lat [sic!] dzięki tej pędzącej akcji Aylayath, (nawet biorąc pod uwagę dalsze, nieco usprawiedliwiające okoliczności) coś mało się dziwi temu, co widzi. Co więcej, przekonany, że jest człowiekiem Zavir gdy dowiaduje się prawdy przyjmuje ją w zasadzie spokojnie i bez zdziwienia. I, co ciekawe, podobnie jak w przypadku "Lux perpetua", mimo pędzącej akcji, całość jest potwornie nudna i nijaka. A szkoda, bo koncepcja fabularna nie jest zła. Ma potencjał, który jednak został sromotnie zmarnowany. Poza tym, umówmy się, główna bohaterka ma na imię Aylayath, a jaj towarzysz to książę Zavir. Czy to mogło być dobre opowiadanie?
           7.C. S. Frąc "Odnaleźć Annę". Opowiadanie zamykające należy do tych w tym tomie, które poważniej potraktowały wątek przewodni, czyli podróże w czasie. Akcja osnuta jest tu wokół prac nad zbudowaniem bramy do innej rzeczywistości, która będzie jedną z wielu powstałych na skutek "rozwidlenia światów" jakie dokonuje się przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji. Świat alternatywny, to w tym przypadku rzeczywistość, którą wykreowałby wybór drugiej alternatywy i jego dalsze konsekwencje. Jeden z naukowców pracujących nad tym projektem (w 7 lat od degenerata alkoholika do Nagrody Nobla - fajnie, co?) chce tą drogą odzyskać swoją ukochaną - Annę, której śmierć w wypadku drogowym przetrąciła mu życie. Niestety nie do końca wiemy czy rzeczona Anna była narzeczoną naszego noblisty (zginęła zaraz po zaręczynach), czy też już jego żoną (jak mówi się o niej w innym miejscu). W każdym razie jednak opowiadanie nie jest źle napisane (szczególnie gdy czyta się je zaraz po "Matce gromów") i podnosi całkiem ciekawe zagadnienia.
           Ogólnie biorąc można powiedzieć, że "Tempus fugit" tom 1 ilustruje prawie idealnie termin "równia pochyła". Od najlepszego moim zdaniem w tej antologii, tak co do klimatu jak i budowania napięcia oraz wzbudzania emocji, opowiadania J. Grzędowicza, poprzez niezłe, lecz nieco mu ustępujące (być może z wyjątkiem na "Najważniejszy dzień w tym roku" z powodu refleksji, jakie budzi) dalsze opowiadania, aż do beznadziejnego S. Uznańskiego.
           Dalej jednak nie nauczyłam się czytać antologii.

           Drugi tom antologii z czasem w roli głównej - "Tempus fugit" mieści w sobie osiem opowiadań, które najwygodniej i chyba najsensowniej rozpatrywać z osobna.
           1.M. L. Kossakowska "Ewangelia według Johna Thomasa Scotta". Jedno z trzech moim zdaniem najlepszych opowiadań w całej antologii. Autorka poważnie potraktowała zadany temat, czyli czas i podróże w czasie. Koncepcja opowiadania, niezbyt oryginalnie, zbudowana jest wokół podróży w przeszłość. Jednak dalsza realizacja tego pomysłu jest już dość oryginalna i intrygująca. Tytułowy John Thomas Scott jest agentem, który zostaje wysłany z pewną misją w przeszłość. Jego zadaniem jest być świadkiem Cudu. Przymierza Boga z ludźmi - ukrzyżowania Jezusa Chrystusa. Następnie ma wrócić do współczesności i dać świadectwo. Ma opowiedzieć co widział, ma się dla współczesnych mu ludzi przekonać, czy w tych potencjalnych bredniach jest choćby ziarno jakiejś tam prawdy. Opowiadanie jest napisane niezwykle sprawnie tak jeśli chodzi o narrację, jak i o swobodę z jaką autorka posługuje się językiem w dialogach. Akcja skonstruowana jest w dużej mierze na znajomych motywach, nie jest to jednak nic szczególnie nachalnego, i powiem szczerze, nie przywodziło mi na myśl konkretnego, wcześniej znanego utworu. Nie można nawet zarzucić temu opowiadaniu braku pewnego humoru. Jednak nie to zrobiło na mnie największe wrażenie. "Ewangelia..." przypadła mi tak bardzo do gustu ze względu na doskonały moim zdaniem, plastyczny opis realiów Jerozolimy sprzed 2000 lat i z powodu wykreowanego przez autorkę klimatu. Po raz kolejny potwierdza się, że czasami najważniejsze można powiedzieć tylko niedopowiedzeniem. W mojej ocenie doskonałe opowiadanie o ważnych, najważniejszych rzeczach.
           2.R. Pawlak "Jak liście z drzew". To również jedno z lepszych w mojej ocenie opowiadań w tej antologii, choć nie umieszczam go w ścisłej czołówce. Melancholijny nastrój, pachnący drewnem w kominku i ciepłym, spokojnym domem. To jest urzekające w tym opowiadaniu. Moment wytchnienia tak dla bohaterów, jak i czytelnika. Niestety, jak wszystko co dobre, szybko się kończy, ale opowiadanie pozostawia czytelnika z uczuciem nadziei. To właśnie różni to opowiadanie od prawie wszystkich innych w tej antologii (za wyjątkiem "Ewangelii..."). Dobre, odprężające opowiadanie do poczytania, napisane sprawnie i płynnie, traktujące o ważnych sprawach, ale dość niezobowiązujące. Ponadto pojawia się tu element, który w tym tomie będzie obecny parę razy. Mimo wyraźnej myśli przewodniej antologii, w "Jak liście z drzew" autor całkowicie zarzucił tematykę podróży w czasie na rzecz przemieszczania się pomiędzy różnymi światami.
           3.T. Kołodziejczak "Klucz przejścia". Dobre złego początki. Tak można by streścić to, co miałabym do napisania o tym opowiadaniu. Zaczyna się bardzo obiecująco. Urocze humorystyczne pomysły ("esemes") przeplatane intrygującą koncepcją powiedzmy geopolityczną i złośliwymi uwagami odnośnie gustu rządzących dawną Polską Elfów (choć tu nie powstrzymam się i muszę napisać, że w znanym mi, umownie napiszmy "użytkowym centrum" Warszawy jedyna budowla, które mi się architektonicznie podoba, to właśnie Pałac Kultury). Niestety im dalej w tekst, tym gorzej. Ta lekka, żartobliwa atmosfera w zabójczym tempie ustępuje miejsca zwykłej dla heroic-fantasy rąbance. Szkoda, mogło być tak fajnie.
           4.T. Kaczmarek "Błazen". To jakaś pomyłka. "Błazen" jest zdecydowanie najgorszym opowiadaniem w tym tomie "Tempus fugit" co zastanawiające, podobnie jak żenująco beznadziejna "Matka Gromów" w tomie pierwszym, "Błazen" jest najdłuższym tekstem w tomie. O podróży w czasie, czy jakimkolwiek innym wykorzystaniu czasu w swoim opowiadaniu T. Kaczmarek zapomina. Całość traktuje o mistrzu błazeńskim, który za pomocą magii walczy z demonami przyciąganymi do jego rzeczywistości przez jakikolwiek metal. Przy okazji załatwia swoje sprawy, odzyskuje młodość, zdobywa, a przynajmniej potencjalnie zdobywa, fortunę. Nic ciekawego, a do tego napisane w niespecjalnie dobrej stylistyce, choć można się po jakimś czasie przyzwyczaić. Jednak całość szybko nuży i grzęzłam w tym opowiadaniu jak w jakimś śmierdzącym bagnie. Radzę omijać.
           5.K. Kruszewska "W blasku świec". Bardzo miła niespodzianka. Zupełnie nie kojarzę autorki, jednak opowiadanie wyróżnia się zdecydowanie na plus. Przede wszystkim K. Kruszewska bierze na warsztat stylistykę bardzo rzadko spotykaną wśród polskich twórców, mianowicie "W blasku świec" jest opowiadaniem grozy. Autorka wykorzystuje znane motywy: duży, zaniedbany dwór, dziwna i piękna właścicielka tegoż, zastanawiające zachowania służby, duch ostrzegający przed nieszczęściem, niepospolici domownicy i ich nietuzinkowe zainteresowania. Całość klimatem przywodzi na myśl troszkę Lovecrafta, troszkę "Psa Basckreville'ów". Ponadto autorka nie zapomniała też o zadanym temacie i sprawnie wykorzystała w swoim opowiadaniu zabawy z czasem. Doceniam też pomysł na akcent końcowy. Przyjemne zaskoczenie.
           6.E. Mroczek "Tęczowy Smok". Kolejne przyjemne i sprawnie napisane opowiadanie, w którym zadany temat czasu potraktowano poważnie. Młody chłopak Gustav odziedziczył po zaginionej w niewyjaśnionych okolicznościach ciotce mieszkanie. Kłopoty zaczęły się, gdy przesunął kredens, którego absolutnie i kategorycznie, pod żadnym pozorem nie wolno przesuwać odsłaniając w ten sposób odrapany i obskurny kącik pokoju, który okazał się być bramą do innego czasu. W ten sposób Gustav rozpoczyna swoją podróż w czasie w różne jego miejsca, czasami trafiając całkiem blisko swoich czasów, a czasami wprost przeciwnie. Całość pomysłu przypominała mi trochę "The Sliders", ale ostatecznie da się czytać, choć bez większej rewelacji. Jest to jednak ten rzadki przypadek, gdzie podróż w czasie staje się ostatecznie raczej radością, niż początkiem koszmaru.
           7.Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa w opowiadaniu "Tunel" S. Imielskiego. Wizja nieledwie postapokaliptyczna, z tym, że nie mieliśmy wyniszczającej wojny powszechnej. Natomiast komunizm nie upadł, a przeciwnie - rozkwitł w najlepsze. Wykreowana przez autora rzeczywistość jest co najmniej niewesoła. Kojarzone skądinąd dość filuternie określenie "permanentna inwigilacja" nabiera tutaj zupełnie innego, makabrycznego znaczenia. Wojciech Stawkowski budzi się rano spóźniony do pracy. Spanikowany wizją wylania na bruk biegnąc do pociągu skraca sobie drogę przez wykopany pod jezdnią tunel. Gdy wychodzi na powierzchnię po jego drugiej stronie całe jego życie leży już w gruzach. Trafił oto do rzeczywistości, w której wykorzystując najnowocześniejsze zdobycze techniki rządzi Milicja i Komitet z Moskwy. A rządzą masą smutnych, przerażonych, całkowicie złamanych i sterroryzowanych pół-niewolników. W niedługim czasie Stawkowski dowie się, że cała oczywiście nielegalna opozycja została już praktycznie złamana, a on sam nie jest tym, kim sądził, że jest. Opowiadanie ciekawe. Ponadto kolejne, o którego stylu można napisać, że jest sprawny i wartki. Całość wprowadza jednak ciężką atmosferę, która nie każdemu może przypaść go gustu, choć niewątpliwie znajduje uzasadnienie w realiach wykreowanych przez autora.
           8.A. Pilipiuk "Sprawa Filipowa". Nie czytałam co prawda powieści Borysa Akunina z cyklu o Fandorinie, jednak tę zaległość planuję nadrobić w sprzyjających okolicznościach. Niemniej o tym zjawisku literackim przeczytałam już na tyle wiele opinii, że sądzę, iż jestem w stanie wyrobić sobie pewien pogląd na temat tego, jak mogą wyglądać i w jakich realiach rozgrywają się te kryminały. Na tej, niesprawdzonej co prawda, podstawie mogę jednak zaryzykować tezę, że A. Pilipiuk w tym opowiadaniu ordynarnie powiela pomysły B. Akunina co do charakteru postaci, tematyki i klimatu. Oto funkcjonariusz Ochrany w Rosji carskiej - Nikifor Susłow z pomocą współpracownika Akimowa i praktykanta polskiego pochodzenia - Tomasza Wilkowskiego prowadzi śledztwo w sprawie terrorystów, którzy chcą rozpętać w Sankt Petersburgu epidemię dżumy. Szczególnie mocno na ich powstrzymaniu zależy zachowującemu się dość dziwnie Tomaszowi Wilkowskiemu, który - jak się okaże - ma pewien sekret.
           Przyznać muszę szczerze, że nawet biorąc pod uwagę, że najprawdopodobniej oryginalność A. Pilipiuka jako autora tego opowiadania pod bardzo wieloma względami będzie co najmniej dyskusyjna, to jednak uważam "Sprawę Filipowa", obok "Ewangelii..." M. L. Kossakowskiej i "Zegarmistrza i łowcy motyli" J. Grzędowicza za jedno z trzech najlepszych opowiadań w całej antologii. Oddając A. Pilipiukowi sprawiedliwość, muszę przyznać, że "Sprawa Filipowa" naprawdę wciąga. Ba, zasysa z butami. Czyta się naprawdę świetnie, wprost nie mogłam się oderwać. A jednocześnie A. Pilipiuk pozwala sobie na interesującą i znaczącą zabawę z upływem czasu i refleksją nad chichotem historii w tle. Dobra rzecz. Sięgnę po tego B. Akunina w nieco bardziej sprzyjających okolicznościach.
           Podsumowując antologia "Tempus fugit" jako całość moim zdaniem utrzymuje przyzwoity poziom. Zdarzyły się w niej co prawda pokraczne koszmarki, jednak zdecydowanie więcej było tekstów przyzwoitych i nawet wymienione przeze mnie wyżej trzy, które miały w sobie "to coś", różne w przypadku każdego z nich. Całość wydaje się być godna polecenia także ze względu na swoją różnorodność. Tym sposobem można domiemywać, że prawie każdy czytelnik znajdzie w "Tempus fugit" coś dla siebie.

Stella


tytuł: Tempus Fugit, tom 1 (Antologia)
liczba stron: 484
miejsce wydania: Lublin
rok wydania: 2006
oprawa: miękka
wydawca: Fabryka Słów
tytuł: Tempus Fugit, tom 2 (Antologia)
liczba stron: 492
miejsce wydania: Lublin
rok wydania: 2006
wydawca: Fabryka Słów
seria: Antologie


W sieci, związane z tematem:
Strona oficjalna Fabryki Słów
Oficjalna strona Mai Lidii Kossakowskiej
Autoryzowana strona Eugeniusza Dębskiego
Oficjalna strona Andrzeja Pilipiuka
Jarosław Grzędowicz na stronie Oficyny Wydawniczej "Fabryka Słów"
Tomasz Kołodziejczak w WIKI