Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach
Recenzja powieści "Tigana" Guya Gavriela Kaya:


 


             Czytając "Tiganę" G.G. Kaya nie potrafiłam się powstrzymać od przecierania oczu ze zdumienia. Osobliwie im dalej w lekturę, tym większe było moje zdumienie. Guy Gavriel Kay przy okazji moich poprzednich lektur jego autorstwa, opisanych wyżej, przyzwyczaił mnie do budowania swoich fabuł w oparciu o subtelne gry światłocieni uczuć i emocji postaci, których konstrukcja i podbudowanie psychologiczne było zawsze szczegółowe i nade wszystko uprawdopodobnione w bardzo wysokim stopniu.
            Kay jest w moim odczuciu autorem wyraźnie zdeklarowanym jako zwracający się raczej w stronę psychologii postaci, opisu kierujących nimi emocji i to w sposób tak wystudiowany, wycyzelowany, że w gruncie rzeczy nieledwie całość uwagi czytelnika jest skupiona właśnie na tych zagadnieniach. Warstwa fabularna pozostaje tutaj nieco w cieniu spełniając rolę służebną, dlatego dotychczas opisując wrażenia wyniesione z lektury powieści G.G. Kaya pomijałam prezentację zarysu fabuły. Po prostu żadną miarą nie była ona na tyle zajmująca, aby skutecznie konkurować z odmalowanymi przez autora emocjami. Choć, rzecz jasna, nie były to przecież fabuły banalne czy skażone brakiem logiki i niełatwo postawić im jakiś zarzut.
            Wszelkie cechy charakterystyczne pisarstwa G.G. Kaya dają się zauważyć także w "Tiganie". Jednak ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu po lekturze nie potrafię szczerze stwierdzić, że udało się autorowi osiągnąć to, czego doświadczałam czytając moje poprzednie pozycje jakie wyszły spod jego ręki."Tiganie" zdecydowanie brakuje tej uwodzicielskiej magii.
            Przed dwudziestoma laty podzielony na osiem niezależnych prowincji Półwysep Dłoni zostaje zajęty przez dwóch władców z zewnątrz. Od zachodu przez Brandina - imperatora mocarstwa Ygrath. Prowincje wschodnie z kolei zajmuje Alberico z Barbadioru - możnowładca tego imperium snujący plany uzyskania imperatorskiej władzy. Obydwaj są nie tylko sprawnymi politykami, lecz także czarodziejami. Podczas najazdu w jednej z bitew w prowincji dłoni o nazwie Tigana ginie młodszy syn Brandina Stevan. Brandin w rozpaczy dokonuje okrutnej zemsty za śmierć ukochanego syna. Korzystając z magii wymazuje z ludzkiej pamięci nazwę "Tigana", zabiera ludziom świadomość, że taka prowincja z jej historią, dumą, honorem, budowlami, sztuką i kulturą w ogóle kiedykolwiek istniała. Samo słowo "Tigana" od teraz mogą usłyszeć i wypowiedzieć jedynie ci, którzy się w Tiganie urodzili oraz czarodzieje. A i oni czują lęk przed jego wymawianiem. Rzeź Tigany przeżyło jednak całkiem sporo jej mieszkańców, w tym Alessan - najmłodszy z synów ostatniego księcia. On to właśnie przez prawie cały czas od klęski Tigany snuje plany i rozsnuwa sieć intryg zmierzających do odczynienia zaklęcia Brandina i przywrócenia Tigany światu, a Półwyspowi Dłoni wolności od obydwu okupantów. Czytelnik uczestniczny w finalnym etapie tego przedsięwzięcia.
            Moje zdumienie, o którym wspominałam na wstępie dotyczy faktu, że oto przeczytałam powieść niewątpliwie autorstwa Kaya, lecz na możliwości tego autora tak słabą i przegadaną, że aż prawie niemożliwe. Szczególnie boli mnie nachalna, "amerykańska" propaganda jaka wpisana jest w wydźwięk tego dzieła. Czy jest to zamierzone, czy też nie, jest dla mnie kwestią poboczną. Jeśli nie było to w zamiarze autora, to mogę tylko ze smutkiem stwierdzić, że nie zapanował nad swoim dziełem. "Tiganę" odbieram jako przede wszystkim agitkę po hollywoodsku amerykańskiej postawy pracy zespołowej w dążeniu do osiągnięcia wspólnego, wielkiego celu. "Musimy się zjednoczyć, porzucić dawne uprzedzenia i animozje i razem, wspólnie stanąć do walki o wolność, w obronie honoru" itd.
            Co więcej - cel ten uświęca środki. Alessan nie ma wątpliwości, w zasadzie nie wzdraga się przed dokonaniem potwornego gwałtu na osobie Erleina di Senzio. W obliczu wielkiego celu, którego osiągnięcie sam uważa za powinność każdego mieszkańca Dłoni, wolność Erleina tak jak on ją pojmuje, jest dla Alessana niczym. Jest przeszkodą, którą trzeba zniwelować nawet za cenę zadawania bólu, którego nie jest sobie pewnie w stanie nawet wyobrazić. Werbalnie żałuje i przeprasza, okupuje swój czyn. Ale to przecież tylko słowa. Czytelnik ma pewność, że znając już konsekwencje postąpiłby tak samo po raz drugi bez wahania. Wątek ten jest następnie łagodzony przez autora aż do osiągnięcia momentu, w którym Erlein uznaje sprawę za "swoją". Oceniam ten zabieg co najmniej bardzo nisko. Tania zagrywka obliczona na, pod koniec coraz bardziej pospieszne i gorączkowe, osiągnięcie charakterystycznego dla autora happy endu. A przecież leży tu tak wielki potencjał! Można było na tej kanwie powiedzieć coś niegłupiego o celu i środkach. Można było pogłębić konflikt postaw. Ale do tego należałoby stworzyć Erleina jako naprawdę silną osobowość.
            Jeśli już mowa o kayowych happy endach to przyznam, że mam do nich niejaki sentyment. Jednak co za dużo, to niezdrowo. W "Tiganie" jest bardzo niezdrowo. Spodziewamy się od początku, że Alessan i jego poplecznicy osiągną wreszcie upragniony cel. Ale to wszystko na raz? Nawet jeśli poszczególne elementy ogólnego powodzenia mają swoje logiczne uzasadnienie, to ociekający lukier jest tu nieznośny. Doprawdy nieznośny.
            Wspomnę też o pojawiających się nagle, "zza węgła" carlozzanach, których wątek - choć zostanie logicznie powiązany, sprawia wrażenie naprędce "doczepionego", zresztą podobnie jak Alienor. Natomiast wątek Ducasa i jego "armii banitów" to już w moim odbiorze straszny babol. Lub też coś mi umknęło. Doprawdy nie podoba mi się, że jedną rozmową Alessan obłaskawia watahę groźnych bandytów, wśród których dziwnym trafem znajduje się również Naddo - przyjaciel z dzieciństwa towarzysza Alessana Baerda. Doprawdy - dlaczego Alessan nie stąpał po wodzie i nie przemieniał wody w wino?
            Jedyny wątek, który w "Tiganie" zasługuje na uwagę to wątek Brandina i Dianory. Tutaj naprawdę czuć rękę Kaya - mistrza. Wątek pięknie tragiczny.
            Zresztą postaci Brandina i Dianory, zmiany jakie przechodzą są w mojej ocenie doskonale pomyślane. Niosą ze sobą olbrzymi potencjał, który mógł dać początek intrygującemu konfliktowi pomiędzy Brandinem i tym porządkiem, który on reprezentuje a Alessanem i jego celem. Konfliktu opartego i wypływającego już nie tylko z przeszłych wydarzeń, ale pokazanego przez pryzmat współczesnych sympatii ludzi zamieszkujących Dłoń. Tymczasem zamiast trudnego studium zdobywania i utrzymywania władzy, które mogłoby pokazać świetlaną postać księcia Alessana również w odmiennym świetle - jako dyktatora i fanatyka opętanego żądzą osiągnięcia wyznaczonego sobie celu za wszelką cenę, otrzymujemy pospieszny happy end i "tysiąc słoni".
            Oczywiście mam świadomość, że zapewne w zamierzeniu miała to być powieść o tęsknocie za domem, o dumie i honorze. Nie czuję tego. Zwyczajnie - nie czuję.
            Jestem zdumiona moim rozczarowaniem."Tigana" to bez wątpienia Guy Gavriel Kay. Ale jak na standard właściwy dla tego autora to bardzo słabiutki, rozczarowujący i przegadany Kay. Niemniej to wciąż ten autor, więc lektura - choć nie spełnia wysokich standardów znanych mi z wcześniejszych powieści - mimo wszystko nadal jest godna polecenia jako wyróżniająca się z pewnością pozytywnie na tle innych, choć zdecydowanie rozczarowująca na tle twórczości samego Kaya. Przynajmniej tej jej części, która jest mi znana.

Stella


autor: Guy Gavriel Kay
tytuł: Tigana
tytuł oryginału: Tigana
język oryginału: angielski
liczba stron: 624
miejsce wydania: Poznań
rok wydania: 1998
wydawca: Zysk i S-ka


W sieci, związane z tematem:
Strona oficjalna autora
"Złocista nić w gobelinie fantasy" - rozmowa Agnieszki Sylwanowicz z autorem
Aga Chojnowska recenzuje "Władcę cesarzy"
Vanin recenzuje "Władcę cesarzy"
Vanin recenzuje "Pożeglować do Sarancjum"
Stella recenzuje "Lwy Al - Rassanu"
Guy Gavriel Kay w serwisie RealityEnds