Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe" Roberta M. Wegnera


 



29 sierpnia 2009 r.

           O bogowie, pierwsze od naprawdę dłuższego czasu pozytywne zaskoczenie! Nareszcie! A cała ta radość za sprawą Roberta M. Wegnera i jego "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe".
           Co więcej, słowo "zaskoczenie" odnosi się tutaj nie tyle do całości powieści, co raczej obejmuje jej rozwój. "Opowieści..." są bowiem skonstruowane najprawdopodobniej na planie czteroksięgu. Na pierwszy ogień idzie Północ i Południe wielkiego, obejmującego większą część kontynentu Cesarstwa Meekham. Imperium włada olbrzymimi terenami rozciągającymi się na północy od nieprzyjaznych, srogich i zimnych gór, po mordercze pustynie na południu. Wcześniej tereny te należały do różnych walczących ze sobą plemion, które wreszcie udało się zjednoczyć pierwszemu z cesarzy pod egidą Wielkiej Matki, a ich plemiennych bogów łagodnie i bezpiecznie umieścić w jej Panteonie. Właśnie ta tolerancja religijna, obok innych oczywistych profitów, jak umocnione i w zasadzie bezpieczne szlaki kupieckie, spokój i idący za nim dobrobyt obywateli cesarstwa, pozwalają Meekhamowi trwać. Tak jest przynajmniej w centrum. Pogranicza tradycyjnie wymagają wzmożonej kontroli. Szczególnie, że od jakiegoś czasu zaczynają się dziać rzeczy niecodzienne, pachnące magią i niespotykaną w znanej Meekhańczykom historii Mocą. To powoduje, że wywiady cesarstwa - wewnętrzny, tzw. Szczury i zewnętrzny, Ogary - coraz bardziej gorączkowo poszukują odpowiedzi na palące pytania, a przebieg zadań przydzielanych oddziałom imperialnej, słynnej armii patrolującym tereny przygraniczne, coraz częściej okazuje się niespotykany.
           Na północy służbę pełni Straż Górska, na poły partyzancka formacja złożona z twardych, upartych i nieustępliwych górali. Pierwsza księga "Północ. Topór i skała" opowiada o przypadkach jednego z jej oddziałów Szóstej Kompanii dowodzonej przez młodego, ale rozsądnego porucznika Kennetha-lyw-Darawyta. I ta księga, aż do ostatniego z jej ni to rozdziałów, ni to opowiadań pt. "Krew naszych ojców" była dla mnie niestety rozczarowaniem. Może autorowi brakowało wtedy jeszcze jakiejś swobody, może sam nie do końca był pewien co tak naprawdę chce napisać - powieść, opowiadania, czy coś jeszcze. Może po prostu język jeszcze nie dość giętki nie potrafił do reszty przekazać tego, co pomyśli głowa. Trudno powiedzieć. W każdym razie ta pierwsza księga jest w mojej ocenie wyraźnie nieporadna. Szczególnie w porównaniu do drugiej księgi "Południe. Miecz i żar". Konstrukcja "Północy..." kojarzy mi się wyraźnie z koncepcją dowolnego serialu, który w każdym z kolejnych odcinków opowiada inną historię, jednak jest jakiś motyw przewodni, który się przewija na drugim planie. Znamy? Znaaaamy. I w zasadzie nic w tym złego nie dostrzegamy. Gorzej, że poszczególne "odcinki" w pierwszej księdze cokolwiek szwankują. Są fabularnie, ale poniekąd też narracyjnie (choć tu dużo mniej) "grubo ciosane". Jeśli o fabuły chodzi, to były bardzo przewidywalne, przez co nużące. Ponadto psychologia postaci stała na naprawdę niskim poziomie. Jednowymiarowość, brak jakiegokolwiek zaskoczenia. Szczególnie wyraźne było to w "Szkarłacie na płaszczu", gdzie Robert M. Wegner jakby się bardzo starał coś tu pokombinować, podrzucać fałszywe tropy, puszczać zasłony dymne, ale wyszło tak żałośnie, że aż wstyd. I dopiero od ostatniego z "odcinków" pierwszej księgi - "Krew naszych ojców" coś zaskoczyło. A jak już zaskoczyło, to na dobre; oj powiadam, na dobre. Jakby w autora weszły nowe siły, choć raczej skłonna jestem powiedzieć, że po prostu gdzieś tak mniej więcej od tego czasu jego pomysł na tę opowieść się naprawdę wyklarował. I tak oto z prawdziwym rozmachem i wreszcie odważnie rysuje R. M. Wegner naprawdę szeroko zakrojoną opowieść o ludziach i bogach. I konfliktach między bogami, które prowadzić mogą do całkowitej zagłady. Jednocześnie wreszcie doczekałam się pogłębionej analizy psychologicznej nowo wprowadzonych postaci. Ich emocji, pragnień, dążeń. Mam również powody, by przypuszczać, że całkiem sprawnie poradzi sobie autor ze sportretowaniem postaci nie-ludzi, ich obcości i inności. O ile "Północ..." niestety wyglądała mi w wielu miejscach na laurkę gimnazjalisty (ta nieznośna naiwność, te duszące w swojej sztuczności przejawy szlachetności rodem z edukacyjnego filmu dla młodzieży ze stajni Disneya, zgroza po prostu), o tyle "Południe..." to już całkiem inna para kaloszy. Zaskakujące, że te tak wyraźnie różne w klimacie i przede wszystkim dojrzałości opowieści wyszły spod ręki tego samego autora. Ale to jednak możliwe. I również w "Południu..." nie ma już wątpliwości co do tego, że poszczególne "odcinki" są kolejnymi rozdziałami jednej przemyślanej całości, która będzie miała swoją kontynuację. To, co w "Północy..." było umieszczone w miarę bezpiecznie na drugim planie, tak aby w razie potrzeby można było się tego pozbyć, w "Południu..." staje się osią fabuły i daje nadzieję na naprawdę interesującą i (mam nadzieję) niegłupią kontynuację.
           "Opowieści..." czyta się naprawdę szybko i przyjemnie. Z każdym rozdziałem przyjemniej, powiedziałabym. Narracyjnie autor rozkręca się podobnie jak fabularnie, może trochę długo, ale naprawdę warto poczekać. Jedno, czego w tej narracji mi brakuje, to taka nonszalancja, która pozwala np. Andrzejowi Sapkowskiemu wplatać perełki niezapomnianych bon motów. Ale R. M. Wegner wyraźnie się dopiero rozkręca, co pozwala patrzeć w przyszłość z uzasadnionym optymizmem. Szczególnie podstawy do niego dostrzegam w sposobie poprowadzenia przeplatanej narracji w "Gdybym miała brata" i, szczególnie, "Zabij moje wspomnienia", i zapanowaniu nad nią. Doceniam, bardzo doceniam.
           Na koniec trzeba chyba wreszcie również godnie powitać na naszym rynku stosunkowo świeżego gracza w postaci wydawnictwa Powergraph. Kojarzę ich do tej pory praktycznie wyłącznie z osobą Rafała Kosika. Dobrze widzieć, że zaliczają rozwój. Szczególnie mnie to cieszy wobec niejakiego regresu dotychczas hulającej na całego Fabryki Słów, która ostatnio zaczyna wydawać na papierze ścierno-toaletowym, z pominięciem korekty (?). Tym przyjemniejszą odmianę stanowi dla mnie możliwość przeczytania wreszcie przyzwoicie wydanej książki, na białym, gładkim papierze i z korektą, która przepuściła zaledwie kilka literówek (niestety, nie jest aż tak idealnie, żeby nie było ich wcale). Niemniej - tak trzymać.Liczę na to, że w jakiejś możliwie rozsądnej perspektywie doczekam się dalszych opowieści o przypadkach z pogranicza Imperium Meekham, i że będą jeszcze lepsze niż te, które już znam.

Stella


autor: Robert M. Wegner
tytuł: Opowieści z Meekhańskiego Pogranicza. Północ-Południe
liczba stron: 576
miejsce wydania: Warszawa
rok wydania: 2009
oprawa: miękka ze skrzydełkami
wydawca: Powergraph
seria: Fantastyka z plusem


W sieci, związane z tematem:
"Opowieści z meekhańskiego pogranicza" w serwisie świat fantastyki.pl
Łukasz Orbitowski o książce Wegnera w Dużym Formacie