Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja zbioru opowiadań "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód - Zachód"Roberta M. Wegnera


 



           08 października 2010 r.
           Z wielką niecierpliwością po lekturze "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe" oczekiwałam kontynuacji. Kiedy wreszcie ukazał się drugi tom opowiadań autorstwa Roberta M. Wegnera moje oczekiwania były już tak rozbuchane, że po dwóch pierwszych opowiadaniach księgi "Wschód. Strzała i wiatr" doznałam rozczarowania. "I będziesz murem" oraz "Najlepsze, jakie można kupić..." strasznie mi się dłużyły. Ot, nudy. Teraz, po tygodniu od zakończenia lektury nawet nie za bardzo pamiętam o co w nich chodziło. Poza tym, że spełniały funkcję wprowadzającą służąc prezentacji nowych postaci. Na szczęście dalej było już tylko lepiej i tendencja zwyżkowa utrzymała się już do samego końca.
           Wschodnią rubieżę Meekhanu stanowią rozległe stepy zamieszkiwane przez różne ludy, których część stanowią potomkowie Meekhańczyków, którzy przybyli tutaj zwabieni wizją osadnictwa na żyznych i rozległych terenach. Ziemie te były widownią zaciętych walk z wojskami sąsiadujących Se-kohlandczyków, którzy w dalszym ciągu stanowią realne zagrożenie dla Cesarstwa. Nad spokojem wschodniej granicy czuwają nie tylko wojska armii Imperium, ale również czaardany - oddziały zbudowane wokół ich przywódców kha-darów i łączone więzami na wzór rodzinnych, lecz silniejszymi nawet niż więzy krwi. Najsłynniejszym i najlepiej zorganizowanym spośród nich jest czaardan generała Laskolnyka. Sam Laskolnyk jest postacią interesującą i zagadkową. Jest bowiem byłym, nadal i niezmiennie cieszącym się wśród żołnierzy armii Cesarstwa niemal nabożną czcią i szacunkiem, generałem armii, który podczas ostatniej wojny z Se-kohlandczykami zbudował armię konną z prawdziwego zdarzenia i przy jej pomocy odniósł zwycięstwo nad najeźdźcami. Potem jednak przedłożył życie wśród dzikich stepów nad pałacowe zbytki stolicy Meekhanu. Zebrał wokół siebie grupę jeźdźców i stworzył czaardan, który sam w sobie stał się legendą stepów. Doskonale, po wojskowemu wyszkolony, karny, a do tego jazda z generałem Laskolnykiem sama w sobie jest zaszczytem i marzeniem. Pośród tych, którym to marzenie się spełniło jest między innymi Kailean - rodowita Meekhanka, którą po tragicznej śmierci rodziny jako jedyną ocalałą z rzezi, przygarnęła rodzina Verdanno - ludu, który przybył na wschodnie stepy z terenów należących do Se-kohlandczyków i przypomina jako żywo uromantyczniony obraz naszych Cyganów. Moim zdaniem właśnie to z opowiadań, które traktuje o kulturze Verdanno ("Koło o ośmiu szprychach") obok ostatniego z tej księgi - "Oto nasza zasługa" jest tutaj najlepsze. "Oto nasza zasługa" jest tak dobre w mojej ocenie dlatego, że stanowi zapowiedź i przedsmak powieści, w którą zgodnie z deklaracją autora mają się przekształcić opowiadania o meekhańskim pograniczu. Podobnie zresztą jak jest w przypadku opowiadania zamykającego księgę czwartą "Zachód. Sztylet i morze" - "Rzeka wspomnień". Tutaj również krzyżują się losy bohaterów. W przypadku "Wschodu..." z postaciami znanymi z "Północy...", zaś w przypadku "Zachodu..." - z "Południa...".
           "Zachód..." jest najbardziej magiczną częścią tej dwutomowej całości. Znaczy - magia odgrywa tutaj szczególną rolę, choć wprowadzonym tutaj bohaterem nie jest mag, a złodziej. We wspaniałym mieście portowym Ponkee-Laa utalentowany, inteligentny, bystry i zręczny złodziej taki jak Altsin ma wiele do roboty. Szczególnie, gdy jego protektorem jest jeden z ważniejszych przywódców cechów złodziejskich Cetron zwany Grubym. No i, oczywiście, kiedy ma się niewyparzony język i bystry umysł. W takich okolicznościach nietrudno mimochodem wplątać się w niejedną kabałę. Ta księga jednoznacznie kojarzy mi się z klimatem wykreowanym przez Scotta Lyncha w "Kłamstwach Locka Lamorry". Nie, z pewnością nie mogę powiedzieć, żeby Wegnerowi udało się tutaj chociażby doścignąć Lyncha. Niektóre rozwiązania noszą cechy Deus ex machina (np. spotkanie z seehijską wiedźmą w "Świetle na klindze miecza"), ale jestem w stanie to wybaczyć, bo klimat zachodnich opowieści jest w stanie wiele wynagrodzić, a intryga w opowiadaniu "Sakiewka pełna węży", choć może nie taka znowu najwyższej próby, to całkiem niczego sobie. Jednak nadal za najlepszą z części tego czteroksięgu uważam "Południe...". "Zachód..." jest co prawda magiczny, ale prawdziwą magię opowieści widać właśnie w opowiadaniach "Południa...".
            Trzeba przy tym jednak wspomnieć, że to właśnie w "Zachodzie..." stara się Robert M. Wegner wprowadzić nieco lżejszy, weselszy nastrój. Czy mu się udaje? Moim zdaniem przedsięwzięcie to nie zostało zwieńczone niekwestionowanym sukcesem, niemniej jednak rozjaśnienie barw daje się tutaj zauważyć, co chyba całkiem dobrze robi tym opowiadaniom.
           Pora na ranking. W moim przypadku wygląda on pokrótce następująco: "Południe...." - nic- "Zachód..." - dłużej nic - "Wschód..." - długo nic - "Północ...".
           Do lektury z czystym sumieniem mocno zachęcam i z niecierpliwością oczekuję dalszych części tej opowieści. Potencjał jest tutaj naprawdę olbrzymi.

Stella


Tytuł: Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód - Zachód
Autor: Robert M. Wegner
Wydawca: Powergraph
Cykl: Opowieści z meekhańskiego pogranicza
Cena: 34 zł
Data wydania: wrzesień 2010


W sieci, z tematem:
"Opowieści z meekhańskiego pogranicza" w serwisie świat fantastyki.pl
Łukasz Orbitowski o książce Wegnera w Dużym Formacie