Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

      Wszyscy mężczyźni mojego gniota -
- recenzja powieści "Wszyscy mężczyźni mojego kota" Karoliny Macios


 



            Przypominam sobie, że po ostatnim seansie "Dziennika Bridget Jones" jakiś rok temu kołatało mi się po głowie jedno zasadnicze pytanie: czy to możliwe, żeby po świecie naprawdę chodziły takie infantylne do imentu idiotki jak wyżej wymieniona? "Wszyscy mężczyźni mojego kota", debiutancka "powieść" niejakiej Karoliny Macios przynosi odpowiedź na to dramatyczne pytanie. Niestety, odpowiedź ta jest twierdząca.
            W Krakowie, który na kartach tego wykwitu infantylizmu wyrasta jakimś sposobem na miasto bardziej zabawowe niż Las Vegas, Mediolan, Londyn, Barcelona i Chicago razem wzięte, mieszka trzydziestokilkuletnia Ada. Postać pomyślana jako tak dalece nieszablonowa, że aż wyszła dramatycznie sztampowa. Oto prawdziwa Krakowianka młodszego pokolenia - samotna, jednak w poszukiwaniu wielkiej miłości. Fotograf-reporter dla pewnej, nijak nie dającej się zidentyfikować Gazety, ale przede wszystkim niepoprawna imprezowiczka i bywalczyni. No i obowiązkowo wielka przyjaciółka wszelkich krakowskich gejów i lesbijek, a także - takie to niesztampowe! - właścicielka kota o dźwięcznie brzmiącym imieniu Kastrat, który jest istną bestią w kociej skórze. Bez trudu w bezpośrednim starciu pokonuje potężnie umięśnionego pittbulla. I bezlitośnie tępi wszystkich mężczyzn, jakich udaje się Adzie sprowadzić do mieszkania. Oczywiście sama Ada się tym bynajmniej nie przejmuje, bo przecież po trzech razach niezmiennie okazuje się, że to nie to, więc agresywny kot okazuje się bardzo praktycznym odstraszaczem i podstawą do zerwania niewygodnego związku. Oczywiście do czasu, gdy pojawia się "ten jedyny", prawdziwy Prince Charming - Jose. Nie może jednak być inaczej i Jose nie tylko, że jest Hiszpanem (jednak - jak dogodnie! - znającym język polski tak biegle, że swobodnie posługuje się takimi słowami jak nawet "animusz"). Co więcej, Ada żywi przekonanie, że jej hiszpański półbóg jest oczywiście gejem. Na szczęście - ku ogólnemu, przecież zaskoczeniu!- okaże się, że Ada była w błędzie, a jej kot na Jose reaguje - o niemożliwości! - nawet bardziej niż przyjaźnie.
            Pisząc o powieści spłodzonej przez Kat Richards i złośliwą nieudolność pisarską, wyraziłam opinię, że gdyby świat był urządzony prawidłowo, to "Graywalker" położyłby kres wszelkiej grafomanii. Z przykrością donoszę, że powątpiewając wówczas we właściwy porządek rzeczy, miałam niestety rację. Dowodem "Wszyscy mężczyźni mojego kota".
            Jednocześnie ten płód autorki i biegłości pisarskiej żywcem wziętej z listu trzynastolatki do "Bravo Girl", a w zasadzie fakt jego wydania (i to swoja drogą przez bardzo dobre wydawnictwo Znak - skąd takie potknięcie?) dowodzi, że ludziom potrzebne są współczesne bajki. Żadna to tajemnica. "Moda na sukces" pamięta pierwszą bakterię. Fascyjnujące jest jednak, że spragniona podobnych głupot publika zdaje się być gotowa łyknąć dosłownie każde gówno, bez względu na to, czy opisywane w nim zdarzenia, zachowania, okoliczności etc. mają posmak jakiejś realności, czy wprost naprzeciw.
            Nie wiem, czy jest sens wypisywać, że Kraków wyłazi z kart "Wszystkich mężczyzn..." taki, jakiego nie znamy. Gejowski na wskroś. Jeżeli jakaś para w Krakowie jest szczęśliwa, to praktycznie zawsze obowiązkowo będzie to para gejowska. Kraków to miasto najpiękniejszych na świecie kobiet. Obowiązkowo o orientacji homoseksualnej. Małżeństwa w Krakowie i w otoczeniu głównej bohaterki nie mają prawa się udać. Jeśli - o zgrozo! - są heteroseksualne. I nie wolno mówić "mama" i "tata" *. Do tego należy dodać szefa, który rżnie wszystko, co mu się nawinie i tym samym seriami zdradza swoją żonę (która ma się okazać bardzo spoko babką w typie głównej bohaterki - wiadroooo!), pretensjonalne do zemdlenia robienie zdjęć przez Adę, jej pomysł na życie zawodowe i irytujące na maksa sposoby zabierania się do jego realizacji i wreszcie sercowe perypetie Ady z obowiązkową, jakże zabawną - ha,ha - mutacją qui pro quo. Na dłuższą metę to nie tyle amatorsko i lajtowo "odmóżdza", co profesjonalnie wytrawia mózg dużo skuteczniej niż całkowita lobotomia.
            A to wszystko to jeszcze nie jest koniec. W tym miejscu "Greywalker" jeszcze się broni dzielnie. Jednak trzeba zadać mu litościwie cios ostateczny. Językiem jakim napisani są "Wszyscy mężczyźni..." mogłaby się posługiwać trzynastolatka pisząca fanfik o Kadziewiczu (net is vast and infinite, szukajcie a znajdziecie). Próbka? Drogi Wędrowcze, zostałeś ostrzeżony. Czytasz na własne ryzyko.
            "Marzyło mi się łóżko, bez zmywania makijażu, mycia zębów i prysznica. Spaaaaać. Przyłożyłam głowę do poduszki i kiedy już miałam odpłynąć na bezludną wyspę, na której czekał na mnie Jose w czarnych skórzanych slipkach, na wodzie łagodnie kołysała się gondola, a ja... Usłyszałam huk. Nieprzytomna usiadłam na łóżku i rozejrzałam się po pokoju. Przez chwilę nic nie było słychać, więc zwaliłam to na karb zakłóceń sennych, widocznie samoczynnie uruchomił mi się mechanizm autocenzury, który nie pozwolił mi wsiąść do gondoli i popłynąć do... Znów huk." (s. 109).
            "Mogłabym tu spędzić całe życie, rozmarzyłam się na widok własnych śladów odciśniętych tuż przy brzegu. Co prawda, gdyby do moich śladów dodać jeszcze dwa, nieco większe, ale nie za bardzo, takie w miarę normalne, pięciopalczaste, bez platfusa, które by zbliżały się do moich, po czym zrównałyby się, następnie nieco poplątały, straciły wyraźne kontury, zupełnie jakby dwie osoby nagle stanęły i w przypływie namiętności rzuciły się na piasek, by... - byłoby zdecydowanie milej, ale nie zamierzałam marudzić. I tak było cudownie."(s. 205).
            No, dosyć tego dobrego. Po więcej można zajrzeć na bloga aŁtorki, który nieprzypadkowo wisi smętnie na onecie. Tym bardziej, że w obliczu przytoczonych, a dobranych przypadkowo, fragmentów czuję się pokonana i mocno osłabiona po ciężkiej walce. Tam też można się przekonać, że powieściowa Ada nie wzięła się znikąd. Jest ona bowiem - jak wiele wskazuje - alter ego Karoliny Macios - z zamiłowania i zainteresowania fotografa, właścicielki kota i męża o południowej urodzie, mieszkającej - o dziwo - w Krakowie. I ta ostatnia konstatacja mnie cokolwiek przeraża. Wychodzi bowiem na to, że Bridgety Jonesy żyją naprawdę i to nawet całkiem niedaleko (a jakby tak się dokładnie rozejrzeć, to pewnie jeszcze bliżej). I tą paniką moralną pozwolę sobie zakończyć, szczerze odradzając. Chyba, że potrzebujesz, Drogi Wędrowcze, skutecznego i niezawodnego środka powstrzymującego podstępny atak biegunki.


* tego można NIE traktować poważnie.

Stella


autor: Karolina Macios
tytuł: Wszyscy mężczyźni mojego kota
liczba stron: 208
miejsce wydania: Kraków
rok wydania: 2008
oprawa: miękka
wydawca: Znak, Społeczny Instytut Wydawniczy


W sieci, związane z tematem:
"Wszyscy mężczyźni mojego kota" w Onet Czytelnia
fragment
Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK