Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach
Recenzja "Zabawek diabła" Anny Kańtoch


 


            Po przeczytaniu pierwszego tomu opowiadań o Domenicu Jordanie autorstwa Anny Kańtoch - "Diabeł na wieży", z niemałą niecierpliwością oczekiwałam na zapowiedziany drugi tom opowiadań traktujących o przygodach tego samego bohatera."Zabawki diabła" do księgarń trafiły w ostatnim tygodniu marca, uniemożliwiając wieszanie psów na Fabryce Słów, która zapowiedziała tę książkę na marzec właśnie.
            Oczekiwałam "Zabawek diabła" ze zniecierpliwieniem, bowiem "Diabła na wieży" wspominam jako jedną z lepszych lektur rozrywkowych polskiego autora jakie zdarzyło mi się w ostatnich latach czytać. Doczekawszy się stwierdzam, że nie doznałam zawodu.
            Co prawda nieco inaczej wyobrażałam sobie te opowiadania. Autorka zdecydowała się na odsłonięcie przed czytelnikiem tajemnic przeszłości Domenica Jordana, która to tajemnicza przeszłość w "Diable na wieży" dodawała tej postaci swoistego uroku nieznanego. Siłą rzeczy tego nie ma już w "Zabawkach..." Poznaliśmy, odkrywając fragment po fragmencie, przeszłość Jordana i wyjaśniła się większość związanych z nią tajemnic. Spoglądając zatem z tej perspektywy doskonale rozumiem decyzję Autorki o definitywnym zamknięciu etapu Domenica Jordana w jej twórczości.
            Ponadto jeśli chodzi o postać głównego bohatera, to mam wrażenie, że pogłębiony został rys pewnej związanej z żelazną logiką jego postępowania bezwzględności, nieczułości jaka go charakteryzuje. Do tego stopnia pogłębiony, że graniczy już poniekąd z "papierowością". Dlatego, uważam, że Autorka zrobiła bardzo dobry manewr wprowadzając motywy, które dodają mu człowieczeństwa, a takich motywów jest kilka, choćby Alais i Linusa, rodzina d'Alazet z "Cienia w słońcu" czy stosunki panujące pomiędzy Jordanem a Jego Ekscelencją Ipolitem Malartre. Dzięki podobnym motywom Jordan unika literackiego losu Sherloka Holmesa, który jawi się czytelnikowi jako coś na kształt "kalkulatora" w ludzkim ciele.
            To, co w pisarstwie Anny Kańtoch cenię sobie najbardziej, czyli doskonała kompetencja językowa połączona z naprawdę wielkim talentem do zajmującego snucia opowieści i dbałość, może nawet pietyzm jeśli chodzi o obraz psychologiczny postaci zarówno pierwszo- jak i dalszoplanowych, jest oczywiście w "Zabawkach..." tak samo widoczne jak w "Diable...". Nad tymi olbrzymimi zaletami jej pisarstwa można się rozwodzić naprawdę długo i potoczyście. Bo doprawdy, jest nad czym. Pisałam już chyba o tym przy poprzedniej okazji i powtórzę teraz: Anna Kańtoch jest wytrawnym i bardzo dokładnym obserwatorem rzeczywistości,a szczególnie ludzi. To pozwala jej na konstruowanie bardzo dobrze uprawdopodobnionych psychologicznie postaci. Przy olbrzymim talencie narratorskim jakim dysponuje Autorka, lektura jej książek stanowi czystą przyjemność, a przy tym po prostu wciąga z butami. Co interesujące, przynajmniej jeśli o mnie chodzi, to wciąga nie ze względu na samą fabułę, ale właśnie z powodu bardzo uwodzicielskiego sposobu opowiadania i tej dbałości o stronę psychologiczną. Jeśli chodzi o same zagadki stanowiące osnowę fabuły poszczególnych opowiadań, to nie są one na tyle skomplikowane, żeby rozwiązanie którejkolwiek z nich stanowiło dla mnie zaskoczenie. Podkreślam przy tym jednak, że w niczym ten fakt nie umniejszył przyjemności jaką czerpałam z lektury. Szczególnie przypadło mi do gustu przewrotne ale jednocześnie dające do myślenia zakończenie ostatniego z opowiadań: "Zabawki diabła". Ogólnie też to opowiadanie uważam za najlepsze z zamieszczonych w tym zbiorze, choć każde z tych opowiadań posiada właściwy dla siebie urok. Przykładowo w "Cierniach" o tym uroku stanowi opis stosunków pomiędzy Jordanem a Veronicą d'Amat, jej rozpaczliwa, histeryczna niemożność odnalezienia się w tej sytuacji emocjonalnej. Właśnie dzięki takim smaczkom opowiadania Anny Kańtoch są tak doskonałe.
             Natomiast są pewne momenty, których nie rozumiem. Co jednocześnie nie znaczy, że krytykuję. Obydwa, które przychodzą mi do głowy dotyczą opowiadania "Karnawał we krwi".
            Nie rozumiem na przykład fabularnego sensu wprowadzania w tym opowiadaniu postaci Lisicy. Gdyby spróbować usunąć tę postać to -mam wrażenie - niczego by to fabularnie nie zmieniło. W zasadzie jedyną istotną informacją jaką wprowadza jest informacja o tym, że czerń jest u Neahelitów kolorem pokuty (jeśli chodzi o zwrócenie uwagi na dziwne pokąsania, to znając postać Jordana można by domniemywać, że sam się tym zainteresuje, bez "zlecenia"). Poza tym jej obecność w opowiadaniu jawi się dla mnie trochę na zasadzie "wypełniacza" i - odnoszę wrażenie - że przynajmniej w jednym punkcie stanowiła dla Autorki pewien kłopot (mam na myśli konieczność usprawiedliwienia jej nieobecności na umówionym spotkaniu z z Jordanem).
            Ponadto nie rozumiem też skąd Gabriela i Chloe Daires wiedziały jaki efekt osiągną poprzez zmieszanie swojej krwi? Skąd wiedziały, że doprowadzi to działanie do zamierzonego efektu czyli długowieczności (plus pewne skutki uboczne)? Ostatecznie były niespecjalnie wykształconymi pannami. Owszem, domyślić się roli jaką odegrała Saramonda jak najbardziej mogły. To było wręcz bardzo łatwe znając pewne neahelickie obyczaje. Ale żeby snuć przypuszczenia na temat natury "choroby" i ewentualnych skutków przedsięwziętych przez nie działań, trzeba było raczej posiadać określoną wiedzę i to na wyższym już poziomie zaawansowania, skoro również Darius Pacome, mający wykształcenie medyczne, czyli gruntowne przygotowanie teoretyczne, snuje swoje przypuszczenia na ten temat opierając się na już zaistniałych faktach w połączeniu z wiedzą jaką zdobył podczas studiów. Nawet zakładana znajomość historii ziem Neahelitów przez Gabrielę i Chloe, w tym wiedza o epidemii, w tym momencie nie usuwa tej wątpliwości.
            Na zakończenie pozwolę sobie na słów kilka na temat szaty graficznej. Okładka jest bardzo gustowna i utrzymana w znakomicie pasującym do zawartości klimacie. Natomiast ilustracje wewnątrz autorstwa Anny Grzechnik są po prostu straszne. Potwornie toporne, do tego problemy w proporcjami i perspektywą. Przynajmniej nawiązują bez odstępstw do ilustrowanych treści, ale poza tym byłoby lepiej, gdyby ich nie było.
             Reasumując - "Zabawki diabła" to kolejna świetna książka autorstwa Anny Kańtoch, która przestaje już być debiutantką, a staje się rozpoznawalnym i coraz ważniejszym nazwiskiem. Zasłużyła sobie na to w pełni. Moje gratulacje, tak trzymać.

Stella


autor: Anna Kańtoch
tytuł: Zabawki diabła
liczba stron: 472
miejsce wydania: Lublin
rok wydania: 2006
wydawca: Fabryka Słów