Zimne wybrzeża

Powrót na stronę główną Powrót do działu o książkach

Recenzja powieści "Zimne wybrzeża"


 


            Możnaby powiedzieć: tak ładnie żarło, a zdechło. Pomimo wyraźnych różnic światopoglądowych do tej pory pisarstwo Szczepana Twardocha robiło na mnie duże i jak najbardziej pozytywne wrażenie. Pisałam o tym zresztą nie raz. Dlatego z zainteresowaniem i radością przyjęłam zapowiedź kolejnej książki jego autorstwa - "Zimne wybrzeża". Byłam o tyle bardziej jeszcze zaintrygowana, że akcja tej powieści miała być osadzona w realiach Spitsbergenu, które Szczepan Twardoch zna z własnego doświadczenia, bywał tam bowiem na wyprawach polarnych. Czym zaowocowała ta niecodzienna fascynacja? Otóż - kupą, moi drodzy.
           Do norweskiej górniczej osady Longyearbyen na Spitsbergenie, w latach 50-tych przylatuje młody mężczyzna legitymujący się brytyjskim paszportem wystawionym na nazwisko John William Smith. Oficjalnie jest socjologiem prowadzącym badania nad niewielkimi, izolowanymi społecznościami. Społeczność Longyearbyen i nieodległej stacji polskich polarników, a także radzieckich osad górniczych, stanowi doskonałe obiekty badawcze. Oczywiście John William Smith ma również inną tożsamość i inne zadania. W istocie pracuje dla pewnej firmy, której pole działania to gromadzenie i sprzedawanie informacji. John William Smith jest szpiegiem, choć nie pracuje dla wywiadu żadnego konkretnego państwa. Na Spitsbergen przyjechał spenetrować teren i już niebawem okaże się, że jest co penetrować.
            Jeśli ktoś chce poznać Szczepana Twardocha jako autora powieści szpiegowsko-awanturniczo-przygodowych w tonacji, która najbardziej będzie pasowała dziarskim małym chłopcom z Psychiatryka24 - "Zimne wybrzeża" są dla niego. Ja czuję absmak. I niemal realny ból. Bo do tej pory Szczepanowi Twardochowi udawało się, moim zdaniem, nie przekraczać czasami bardzo efemerycznej granicy poza którą wyraźna deklaracja światopoglądowa w literaturze przemienia się w zwykły produkcyjniak ideologiczny. W przypadku "Zimnych wybrzeży" hamulce naszemu autorowi puściły całkowicie. Czytałam tę powieść i myślą wracałam do jedynego przykładu powieści socrealistycznej, jaki udało mi się w życiu przeczytać (nie licząc poematów Majakowskiego, ale to przecież inna kategoria), czyli "Numer 13 produkuje". To samo zadęcie, to samo zaangażowanie ideolo, taka sama prostota fabularna, wreszcie - i najważniejsze - taka sama agitacja. Tylko że inaczej zwektorowana, oczywiście.
           Może zatem chociaż portrety psychologiczne postaci można zaliczyć na plus? Faktycznie, trochę można. Szczepan Twardoch stara się nie zaniedbywać motywacji i umocowania psychologicznego bohaterów. Niestety również w tym aspekcie pozostaje we mnie wrażenie niedoróbki, jakiegoś pośpiechu, niedociągnięć. Chyba właśnie dlatego, pomimo autentycznych starań, postacie są w "Zimnych wybrzeżach" raczej dość sztampowe, co samo w sobie również zbliża tę powieść ku socrealistycznym produkcyjniakom. A rebours w warstwie ideolo, rzecz jasna. Jest to sztampa rzetelnie ubrana w słowa, niemniej - jak to ze sztampą bywa - brak tu jakiegokolwiek zaskoczenia. To samo można w gruncie rzeczy powiedzieć o fabule. Już nawet nie o to idzie, że można się w ogólnych zarysach domyślić dalszego jej kształtu mniej więcej od połowy. Mniejsza z tym. Boli jednak, że nie ma w "Zimnych wybrzeżach" żadnego praktycznie elementu dekonstrukcyjnego. Idziemy prosto od punktu A do B, po drodze przepisowe perypetie, finisz. Chciałoby się odkryć, że oficjalne czynniki norweskie jednak nie są pokojowo nastawionymi debilami i świadomie nadzorują gierki jakie prowadzone są na ich terenie lepiej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Nic z tego. Przykre, że Szczepan Twardoch idzie na łatwiznę. Cóż, rodzina się powiększyła jakiś czas temu i trzeba dbać o jej utrzymanie. Nie ma czasu na cyzelowanie, trzeba wydawać.
           Jedyne co Twardochowi się w "Zimnych wybrzeżach" udało, to klimat. Taki dystans podkreślony dodatkowo przez niewzruszone okrucieństwo i zarazem piękno przyrody. Dystans do ludzkich emocji. Ten klimat jest bardzo dobrze wykreowany i widać w nim, że opowieść wychodzi spod ręki kogoś, kto tam był, widział, przeżył. To jest jedyne, co w "Zimnych wybrzeżach" zasługuje na uznanie i jest cenne. Cała reszta to niestety, mniej lub bardziej, ale odpad. Ale Szczepan Twardoch tam był, o czym można się przekonać także oglądając zdjęcia z wyprawy zalinkowane na jego internetowym dzienniku. Był tam i nie daje czytelnikowi o tym zapomnieć z dużym upodobaniem stosując fachowe słownictwo, popisując się swoją znajomością spistbergeńskiej topografii. A poza tym odkrył słowo "decorum" i nuże używać go, gdzie tylko się da, za nic mając sobie bogactwo rodzimego języka oferującego różne synonimy, choćby "sztafaż".
           Z przykrością muszę stwierdzić, że "Zimne wybrzeża" to duże rozczarowanie. Po Szczepanie Twardochu spodziewałam się, co prawda, literatury o wyraźnie zaznaczonym światopoglądzie, ale nie ideologicznego produkcyjniaka, któremu naprawdę jak tlenu brakuje odcieni szarości. To jest powieść dla małych chłopców, a po jej przeczytaniu naprawdę byłam zdumiona, że coś takiego mogło wyjść spod ręki człowieka będącego w moim wieku. Jest w "Zimnych wybrzeżach" dużo jojczenia, rozgoryczenia i rozczarowania, leją się z tych kart kaskady żółci i czegoś na kształt daremnych oskarżeń pod adresem... No właśnie, chyba pod adresem wszystkich tych, którzy doprowadzili do zniszczenia mitu II RP, dopuścili do zniweczenia dorobku międzywojnia. Czytaj: ufo, cyklistów, komunistów, Żydów, gradobicia, Ochotniczej Straży Pożarnej, Ruskich (w tym pierogów) i pylenia lipy. Niepotrzebne skreślić. Wreszcie chyba również do tych, którzy nie widzieli sensu w ginięciu na barykadach a potem doszli do wniosku, że trudno darmo, trzeba jakoś żyć? A może już przesadzam i bielmo jakoweś oko mi przesłania.
           Jako powieść szpiegowska "Zimne wybrzeża" też nie dają rady i to po całości. Prawdopodobnie jestem tutaj tak kategoryczna w osądach, bo przytrafiło mi się tak, że czytałam tę powieść tuż po "Akwarium" Wiktora Suworowa, zatem różnica klas dała mi tak po łbie, że proszę siadać. Ale kogoś, kto chciałby przeczytać powieść o zawikłanej intrydze szpiegowskiej, do tego osadzoną w realiach jak najbliższych szpiegowskiej rzeczywistości, pozwolę sobie niniejszym ostrzec przed "Zimnymi wybrzeżami". No, naiwne to jest pod tym względem strasznie.
           Słowem szkoda. Szczepan Twardoch jakoś się nam nie rozwija. Szkoda naprawdę wielka, bo swoimi poprzednimi powieściami i opowiadaniami dał podstawy do dużego optymizmu. Mam szczerą nadzieję, że to tylko wpadka, która każdemu się może zdarzyć. Niemniej "Zimne wybrzeża" bez większego żalu można sobie spokojnie darować. Chyba, że jesteś dziarskim małym chłopcem na chwilowym niepowrocie do psychiatrycznego matecznika. W takim jednak wypadku - czego ty tutaj w ogóle szukasz?

01 maja 2009 r.

Stella
autor: Szczepan Twardoch
tytuł: Zimne wybrzeża
liczba stron: 248
miejsce wydania: Wrocław
rok wydania: 2009
oprawa: miękka
wydawca: Dolnośląskie, Wydawnictwo


W sieci, związane z tematem:
Recenzja mikropowieści Szczepana Twardocha "Epifania wikarego Trzaski" - Stella
Internetowy dziennik Szczepana Twardocha
Szczepan Twardoch w Wikipedii
Wywiad ze Szczepanem Twardochem w portalu "Katedra"